logo.png
                 
pl
pl
 
Siostry Benedyktynki Samarytanki w Henrykowie
Edward Figauzer
Siostry Benedyktynki Samarytanki w Henrykowie

W Henrykowie przy ul. Modlińskiej nr 257 stoją budynki, z których główny jest obecnie opuszczony, a przez wiele lat wrzało w nim życie około stu dziewcząt, pozostających pod opieką sióstr Samarytanek. Budynki i spory teren ogrodu będący własnością Towarzystwa Opieki nad Kobietami, przekazany został w 1927 r. Samarytankom opiekującym się kobietami "moralnie zaniedbanymi", które przeszły przymusową kurację w szpitalu skórno-wenerycznym św. Łazarza w Warszawie.

Samarytanki były jeszcze wtedy organizacją świecką, działającą na podstawie statutu zatwierdzonego 13 marca 1926 r. przez Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej. Inicjatorką była Jadwiga Jaroszewska, której powołaniem była pomoc ludziom najbardziej potrzebującym, chorym, bezdomnym, moralnie zaniedbanym.

Szukała ona takich możliwości pracując najpierw jako nauczycielka, potem jako Franciszkanka od cierpiących, Szarytka, sanitariuszka na oddziale chirurgicznym w szpitalu wojskowym w 1920 r., siostra Zmartwychwstanka, z którego zakonu wystąpiła po uzyskaniu zgody Stolicy Apostolskiej. W 1925 r. zgłosiła się ona do pracy w szpitalu św. Łazarza po zawarciu dosyć oryginalnej umowy: za wyżywienie, nieodpłatnie i na próbę.

Po niej do pracy w szpitalu przystąpiła Gabriela Mańkowska i kolejno następne Samarytanki. Szpital św. Łazarza założony w XVI w. przez ks. Piotra Skargę, był jednym z najstarszych szpitali Warszawy. Początkowo mieścił się przy ul. Piwnej, potem Mostowej, a następnie przy ul. Książęcej (na tyłach Muzeum Narodowego). Prostytutki chwytane podczas nocnych inspekcji policyjnych były poddawane obowiązkowemu badaniu lekarskiemu w szpitalu i przymusowo leczono. Kuracja długa i osłabiająca uniemożliwiała zarobkowanie.

Na porządku dziennym były awantury, do uśmierzania których wzywano straż pożarną lub policję. Najgorsze stanowiło umieszczanie razem kobiet z gruntu zepsutych i młodych dziewczyn, które przez lekkomyślność padły ofiarą wyzyskiwaczy. Powrót do normalnego życia był prawie niemożliwy, bo dyskredytowała je tzw. "czarna książeczka", a zaraz za bramą czekało bezrobocie, głód i bezdomność. Niezupełnie zdemoralizowane dziewczęta można było jeszcze uratować, gdyby ktoś chciał i umiał zająć się ich resocjalizacją.

W szpitalu leczone też były dzieci obciążone dziedzicznie chorobą weneryczną, ale i one nie były odseparowane od dorosłych. Jadwiga Jaroszewska, dzięki poparciu ordynatora dr Michałowskiego, doprowadziła do przeniesienia oddziału dziecięcego do osobnego budynku przy ul. Smolnej. Tam właśnie Samarytanki podjęły pracę, rozpoczęto nauczanie, zabawy, wyprowadzanie dzieci na spacery. Dyrekcja szpitala kolejno powierzała im dalsze oddziały chorych: pawilon męski, pawilon kobiet dobrowolnie poddających się leczeniu, oddział rakowatych.

W 1927 r. radna miejska, Stanisława Kołaczkowska zaproponowała Jadwidze Jaroszewskiej objęcie zakładu "Przystań" w Henrykowie (ówczesny adres: osada Dąbrówka nr 2, gmina Jabłonna, powiat warszawski). Zakład na około sto osób, był własnością Towarzystwa Opieki nad Kobietami.

Miał on stwarzać warunki powrotu do życia społecznego rekonwalescentkom po przymusowej kuracji w szpitalu św. Łazarza, ale założenia programowe nie były realizowane. Przeszkodą było umieszczenie razem młodych dziewcząt i starszych zupełnie zdemoralizowanych. Pensjonariuszki nie zdradzały żadnej ochoty do pracy, a trudno je było zmusić. Jadwiga Jaroszewska opracowała nowy regulamin, którego główne punkty głosiły:
  1. Zakład jest przeznaczony dla dziewcząt trudnych do prowadzenia, od lat piętnastu:
    • wychodzących ze szpitali specjalnych,
    • zgłaszających się jako przyszłe matki,
    • pozbawionych opieki, kierowanych przez stowarzyszenia społeczne lub kapłanów.
  2. Zadaniem zakładu jest otoczyć je pełną opieką materialną i moralną do czasu, póki nie nabiorą chęci do pracy i zaczną uczyć się obranego fachu.
  3. Zakład spełni swe zadanie przez prowadzenie warsztatów uczących ogrodnictwa, hodowli, prania, gotowania, haftu, szycia, tkactwa itp.
Założycielka wprowadziła zatem naukę takich zajęć, jakie stwarzały szansę zatrudnienia w owych trudnych latach, kiedy brak było miejsc pracy w zniszczonym zaborami i wojną kraju.

Samarytanki borykały się z biedą i wielorakimi brakami. Trudności wychowawcze były również wielkie. Kierowanie dziewcząt do "Przystani" odbywało się przez sądy. Wynikała z tego konieczność jeżdżenia na rozprawy do Warszawy. Dziewczęta w drodze często uciekały, a po ich ponownym zatrzymaniu przez policję, sprawy sądowe rozpoczynały się od nowa.

Dochodziło do tego ponawianie kuracji w szpitalu św. Łazarza. Założycielka starała się o zorganizowanie leczenia na miejscu, ale na przeszkodzie stawał brak środków finansowych. By praca wychowawcza zaczęła dawać wyniki, Samarytanki obrały jedyną drogę własny przykład. Brały wraz z pensjonariuszkami czynny udział we wszystkich pracach niezbędnych dla zaspokojenia potrzeb placówki. Zbliżały się do dziewcząt z życzliwością, przyjaźnie, stwarzając w ten sposób rodzinną atmosferę, której wychowanki od lat były pozbawione.

W marcu 1933 r. Jaroszewska doprowadziła do oficjalnego erygowania Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusa, a w 1938 r. zakład w Henrykowie, uzależniony od Towarzystwa Ochrony Kobiet, przeszedł pod opiekę Towarzystwa Medycyny Zapobiegawczej. Towarzystwo poparło także finansowo reorganizację projektowaną przez Samarytanki. Starsze zdeprawowane prostytutki odesłano do przytułków i ustalono granice wieku dla nowo przyjmowanych od 15 do 18 lat. Nie przyjmowano dziewcząt przysyłanych przez sądy, do zakładu kierowała je policja obyczajowa.

Praca potoczyła się lepiej, zorganizowano naukę szkolną, dziewczęta odrabiały zaległości. Uczennice klas V i VI odprowadzane były przez siostry do szkoły w Płudach, prowadzonej przez Zgromadzenie Sióstr Rodziny Maryi. Obecność wychowawczyni w drodze była konieczna, by uchronić je od zaczepek mężczyzn. Przeszkolenie zawodowe przechodziły wychowanki na rożnych kursach: gospodarstwa domowego, ogrodnictwa, kroju i szycia, modniarstwa. Na kurs dla piastunek uczęszczały tylko zdrowe dziewczęta. W 1939 r., w przewidywaniu wojny, wszystkie wychowanki ukończyły kurs niesienia pierwszej pomocy.

Do zakładowego ambulatorium codziennie dojeżdżał lekarz z pielęgniarką prowadząc kurację przeciwweneryczną. Pracą resocjalizacyjną nad stu wychowankami zajmował się zespół złożony z trzynastu sióstr, psychologa, kilku pedagogów-instruktorów i rekolekcjonistów. Powoli zaczęła zmieniać się psychika rozleniwionych dziewczyn, ich sposób myślenia i widzenia świata. Wielu dziewczętom można było już zaufać i pozwalać na samodzielne wyjazdy poza zakład, zaczęło im zależeć na dobrej opinii w środowisku.

Zdolniejsze wysyłano na kursy dla przedszkolanek do Warszawy, trzy rozpoczęły pracę w warszawskiej fabryce. W Henrykowie powoli zapominano kim są te dziewczęta i jakiego typu placówką jest Zakład Wychowawczy dla Dziewcząt imienia matki Wincenty Jaroszewskiej (imię zakonne Jadwigi), bo taką nazwę nadano dawnej "Przystani" w 1939 r.

Dzięki staraniom matki Wincenty powstały domy dla dzieci z upośledzeniem umysłowym w Karolinie, przeniesiony potem do Pruszkowa i Żbikowa, w Niegowie-Samarii głównej siedzibie sióstr Samarytanek, przeznaczone dla dzieci o średnim upośledzeniu i leżących, w Fiszorze dla chłopców, Henrykowie, dla dziewcząt i Hotelik św. Heleny na ul. Barskiej w Warszawie, dla kobiet z chorobami skóry. Siostra Jaroszewska zmarła 10 listopada 1937 r. mając 36 lat.

Wybuchła wojna. Szosą Warszawa-Jabłonna, przy której był zakład, cofały się oddziały wojskowe i cywile uciekający przed Niemcami. Potrzebujący zawsze znajdowali pomoc, schronienie i pożywienie, wielokrotnie kosztem personelu. Potem szosą maszerowali Niemcy, którzy często wpadali do zakładu i interesowali się dziewczętami. Matka przełożona zarządziła więc ewakuację do opuszczonych willi w legionowskim lesie, skąd wróciły dopiero po kapitulacji Warszawy.

Życie pozornie unormowało się, rozpoczęto naukę, organizowano zajęcia w domu, ogrodzie i hodowli. Każda wychowanka miała książeczkę pracy, w której zapisywano rodzaj i ilość wykonanych robót, potwierdzonych przez wychowawczynię. Na tej podstawie kancelaria wypłacała drobne sumy, co dziewczęta bardzo sobie ceniły. Siostry przygotowywały często z dziewczętami imprezy patriotyczne i religijne. Zespołowa praca wychowawcza dawała owoce, ponad 51% dziewcząt wracało do rodzin i normalnego życia.

Od początku okupacji siostry Samarytanki prowadziły szeroką działalność charytatywną, przydziały dawane zakładowi przez RGO prawie w całości były rozdawane. Ukrywało się tu przed okupantem sporo osób, m.in. Magdalena Langer Żydówka, psycholog i pedagog, Zdzisław Umiński bratanek matki przełożonej, Maria Dębowska nauczycielka z Żyrardowa. Siostry nie należały do konspiracji, ale pomagały użyczając oficynę stojącą w ogrodzie. Konspiratorzy unikali kontaktu z zakładem, mieli swój klucz od bramy ogrodowej.

Kiedy potrzebowali środka transportu, dawali znać, by wyznaczonej nocy siostra dyżurna nie interesowała się stajnią i wozownią, a rano wszystko było na swoim miejscu. W 1942 r. zgłosił się do pracy w zakładzie mężczyzna i zaproponowała, że zajmie się ogrodem i gospodarstwem. Ogrodnik nie był potrzebny, bo pracą wychowanek kierowała inż. rolnik Aniela Puciatycka, a ciężkie męskie roboty wykonywał dawny wychowanek z Fiszoru Korzeniowski.

Nowo przybyły opowiedział, że jest synem właściciela dużego majątku w poznańskiem, umie gospodarzyć, z zawodu jest prawnikiem, pracował jako sędzia w Poznaniu i musi się ukrywać. Pan Baranowski zajął się pracą z dużym znawstwem, a tożsamość umiejętnie ukrywał nie tylko pod fikcyjnym nazwiskiem, gęstą brodą i dużymi okularami.

Wyjeżdżając po towar lub do urzędu zachowywał się jak człowiek mało rozgarnięty. Tak oceniła go inż. Puciatycka, gdy chciała dokonać małej przeróbki w oborze, ale natrafiła na taki upór w tępocie, że musiała ustąpić. Nie mogła przecież wiedzieć, że między podwójną ścianą obory znajduje się skład broni oddziału AK.

Najbardziej ryzykowały siostry przechowując osoby pochodzenia żydowskiego, bo życiem nie tylko własnym. Trudno powiedzieć, ile Żydówek przeszło przez zakład w Henrykowie. Przybywały za pośrednictwem pani Magdaleny Langer, która współpracowała z domem Boduena i organizacjami pomagającymi Żydom. Mniejsze włączało się do rodzinki małych dzieci, starsze przebywały wśród dorosłych wychowanek dopóki nie znaleziono bezpieczniejszego miejsca.

Odchodziły jedne, przybywały następne. Wiosną 1944 r. na prośbę osób z wydziału opieki społecznej siostry zgodziły się wyrobić kenkarty 16 młodym Żydówkom. Sprawę załatwiała siostra Norberta Ziółkowska. W ciągu miesiąca, co kilka dni przyjeżdżały po dwie, trzy nowe wychowanki. Przebywały w skrzydle domu, gdzie znajdowała się klauzura sióstr. Oddzielone od reszty zakładu w spokoju poddawały się zabiegom kosmetycznym, upodabniającym je do aryjskich koleżanek. Potrzebne były fotografie.

Siostra Norberta porozumiała się z godnym zaufania pracownikiem Urzędu Gminnego w Jabłonnie, który wskazał pewnego fotografia w Legionowie. Dla upozorowania konieczności wyjazdów siostra Norberta zakupiła w nadleśnictwie drewno z miejscem odbioru pod Legionowem. Dwa razy w tygodniu wyruszała po drewno do Legionowa. Z siostrą jechały dwie lub trzy wychowanki do ładowania. Przy okazji wypad do fotografa.

Więcej obaw przysparzały wyjazdy do urzędu w Jabłonnie, by oddać metryki i fotografie oraz przyłożyć odcisk palca do wyrabianej kenkarty. Na szczęście wszystko odbywało się bez komplikacji, nawet w przypadku dziewczyny, której żadne zabiegi nie zmieniły semickich rysów. Wielką pomoc okazywał urzędnik, który osobiście zabierał kenkarty do Warszawy i podsuwał Niemcom do podpisu. Ryzykował dla nieznanych osób tak samo jak siostry.

Zaopatrzone w kenkarty młode aryjki mogły już swobodniej poruszać się po świecie. Stopniowo opuszczały Henryków. O powodzeniu tej działalności decydowało to, że Niemcy obawiali się chorób wenerycznych.

Zakład w Henrykowie prowadził jeszcze jeden rodzaj działalności bardzo ważny nie tylko ze względu na wychowanki, ale i elitę intelektualną Warszawy, a był nią konspiracyjny teatr. "Proszono mnie wspominał znakomity reżyser Leon Schiller bym polecił kogoś ze swych uczniów, który by pomógł wychowankom prowadzonego przez klasztor zakładu w wystawieniu jakichś jasełek. Oczywiście wolałem sam to zrobić..." Schiller posłał siostrom egzemplarz "Pastorałki" i zapowiedział swój przyjazd do Henrykowa w listopadzie 1942 r.

Zaraz po świętach Bożego Narodzenia odbyło się pierwsze przedstawienie, na które przyjechali goście zaproszeni z Warszawy: pisarze, malarze, ludzie teatru, muzycy. "Powtórzył się cud "Reduty" jak potem zanotował Schiller. Szybko rozeszły się wieści o niezwykłym przedstawieniu i do Henrykowa zaczęła zjeżdżać elita artystyczna stolicy. Na jednym z przedstawień był Czesław Miłosz.

W Roku Myśliwego, zanotował: "Nie pamiętam też nic z Henrykowa, aż do chwili, kiedy wprowadzono nas chyba do kaplicy, w której stały rzędy niskich ławek, mieściła się na nich publiczność, około setki osób, twarze przeważnie dobrze znane, bo aktorzy, literaci, malarze, ludzie uniwersyteccy...". Matka Boska była ubrana oczywiście na niebiesko, nieduża, prawie dziecinna, szczupła, jasnowłosa.

Ukazywała się na tle wielowiekowej tradycji tak właśnie ją przedstawiającej w malarstwie czy polichromowanej rzeźbie, choć istniała i tradycja inna, madonny o oliwkowej skórze, czarnookiej i czarnowłosej. Reżyser wybrał ją bezbłędnie, być może ze względu na jej głos. Był to malutki, mysi głosik, od którego, kiedy śpiewała dławiło mnie w gardle ze wzruszenia.

Uczestniczyłem w misterium, równocześnie odsłaniającym esencję teatru. Tą esencją jest chyba ludzka możność bycia kim innym, co, jeżeli się zastanowić znaczy, że każdy człowiek jest domem wielu osobowości przebywających w nim potencjalnie, nigdy nie zrealizowanych, bo jedna tylko z nich występuje na zewnątrz i dostarcza przyjętej przez innych maski.

Czystość i świętość matki Boskiej były niewątpliwie jej własne, tej dziewczynki-aktorki, choć zarazem była ona kimś innym i ta inna sprzedawała się niedawno niemieckim żołnierzom za parę złotych. Tak więc teatr jest, czy powinien być, celebrowanym Świętem ludzkiej wielopostaciowości i plastyczności, która sprawia, że każdy i każda nosi w sobie całą skalę doznań i uzdolnień, od najwyższej cnoty, do powszedniego zła, niejasno o tym wiedząc i dlatego mogąc współbrzmieć z aktorami na scenie.

Powstaje pytanie, w jakim stopniu potrzebna jest świadomość, że oglądamy na scenie istoty podwójne, czyli, że na przykład ta dziewczynka "odgrywa" Matkę Boską będąc i sobą i nią. W teatrze pudełkowym "jak z życia", każą nam o podwójności zapomnieć i dlatego jest to chyba niski gatunek teatru.

Ale tutaj, w Henrykowie, przedstawienie było amatorskie, zmienione w zawodowe przez znakomitego reżysera, tak, że twierdzę, ostrość teatralnego przeżycia można też tłumaczyć naszą wiedzą o tym, kim są te biedne dzieci doraźnie przekształcone w zespół... Święty Józef ubrany był w rodzaj brązowego burnusa, z laską wędrowca, prowadził delikatnie Marię w ich ucieczce do Egiptu. Widzę tę scenę i słyszę, jak Maria śpiewa tym swoim cieniutkim głosikiem, choć słów nie jestem całkowicie pewien, notuję z pamięci:

Pomaluśku Józefie,
Pomaluśku proszę.
Bo ja przecie nie mogę
W tak daleką bieżeć drogę.

W "Pastorałce" przeplatają się czule ciche melodie z wybuchami radosnych kolęd i triumfalnych tańców... Ponieważ widziałem tę "Pastorałkę", utrzymywałem odtąd, że wiem, czym jest prawdziwy teatr, i przykładałem jej miarę do późniejszych moich teatralnych wieczorów, zwykle z negatywnym wynikiem. Oczywiście wolno powiedzieć, że szczególne warunki złożyły się na tak gorące (nie przeze mnie jednego) przyjęcia schillerowskiego spektaklu".

Pobyty Schillera w zakładzie stawały się coraz częstsze, aż w 1943 r. osiadł w nim na stałe, zostając oblatem benedyktyńskim, tj. osobą świecką stosującą się do reguł życia zakonnego, ale nie składającą ślubów. W dniu 4 lipca t.r. wystawił w Henrykowie "Gody weselne" połączone z recytacjami Mariusza Maszyńskiego i występami tanecznymi uczennic Tacjanny Wysockiej, która opracowała także choreografię "Godów".

W grudniu 1943 wznowiono "Pastorałkę". Grano ją 8 razy. Około Wielkanocy w kwietniu 1944 r. "Historię o Męce i Chwalebnym Zmartwychwstaniu pańskim", której szczegółowy scenariusz opracował Schiller podczas okupacji z myślą o wydaniu po wojnie. "Udała się "Pasja" wystawiona ubożuchnymi siłami w Henrykowie pisał do ks. Nowackiego poszło jakieś tajemnicze tchnienie na widownię to prymitywne widowisko miało istotnie ton liturgiczny, tym samym mistyczny. Odczuli to zarówno świeccy widzowie, jak i duchowni".

W 1944 r. atmosfera stała się bardzo napięta. Przełożona matka Benigna (Stanisława Umińska) pozwoliła dorosłym wychowankom rozejść się do rodzin; zostały 3 dziewczyny, które nie miały nikogo bliskiego i około 60 małych dziewczynek. Na początku lipca zabito dwóch wyższych oficerów niemieckich przejeżdżających motocyklem obok domu sióstr. Wojsko zaczęło ostrzeliwać zakład, a następnie gestapo rozpoczęło śledztwo, które wykazało że strzelano z drugiej strony szosy.

Przeprowadzono ścisłą rewizję zabierając cenne depozyty, a także pieniądze przeznaczone na prowadzenie zakładu. Niemcy nikogo nie znaleźli ani w zakładzie, ani osiedlu, gdyż wszyscy pochowali się w snopkach na polu. Odjechali. Następnego dnia matka przełożona wyprawiła siostrę z małymi dziewczynkami do dawnej wylęgarni kurcząt w Buczynku za Henrykowem.

Dwa dni później przyjechała ekspedycja karna, pacyfikując przez cały dzień Henryków. Zakład też miał ulec zagładzie i wszyscy którzy w nim byli. Cudem uratowali życie, bo Niemiec sprawdzający kenkarty okazał się sąsiadem jednego z ukrywających się i darował wszystkim życie. W nocy jakiś inny Niemiec uprzedził siostry, aby natychmiast opuściły zakład.

Przeszły więc do wielkiego ogrodu Hajdzionego. Rano, gdy ekspedycja karna odjechała spakowano się, zabrano żywność i pieszo udano się nad Wisłę zabierając po drodze dzieci z Buczynka. W willi zaprzyjaźnionych państwa Wyszyńskich spędzono około dwóch tygodni. W pobliżu stacjonowali Węgrzy, którzy uprzedzili, że za dwa dni zostanie wysadzony most pontonowy na Wiśle, a ludność będzie pędzona na Modlin.

Obiecali też pomóc w przeprawie. Siostry przepakowały się, wzięły tylko żywność i najpotrzebniejsze rzeczy. Cenniejsze przedmioty służące liturgii jak ornaty, kielichy i tym podobne zakopały przy willi. Odzyskały je później. Żołnierze węgierscy wykopali "skarb" i przekazali do kurii biskupiej, urzędującej wówczas w Milanówku.

Dotrzymali również obietnicy i czternastoma małymi konnymi wózkami przewieźli siostry aż do zakładu w Pruszkowie. Niestety był on już tak przepełniony, że brakowało miejsca nawet na schodach. Podobnie było w zakładzie w Żbikowie. W urzędzie miasta Pruszkowa Niemcy wskazali Głowno, jako jedyny bezpieczny kierunek.

Dali nawet wagon towarowy, którym po tygodniu dotarto na miejsce. Ale i tam było głodno i ciasno. W lutym 1945 wojska rosyjskie przerwały linię frontu, matka Benigna wysłała do Henrykowa siostrę Paulę Więckowską z dwiema wychowankami na zwiady. Wróciły z wiadomością, że dom jest zrujnowany, a w okolicy panuje głód.

Historia zakładu w Henrykowie dobiegła kresu, a Benedyktynki Sakramentki po ustaniu działań wojennych osiadły ostatecznie w Gębicach.

Literatura:
  • S. Emanuela Dębowska, Matka Wincenta Jadwiga Jaroszewska polska samarytanka i jej dzieło.
  • Historia o Męce Najświętszej i Chwalebnym Zmartwychwstaniu Misterium Ludowe w czterech częściach w układzie L. Schillera, Warszawa 1990.
  • Czesław Miłosz, Rok Myśliwego, Kraków 1991
  • L. Schiller, Theatrum millitans 1939-1945, Warszawa 1987.
Wyślij link mailem
Pdf
Drukuj
Powrót
Wypowiedz się
Urząd Dzielnicy Białołęka, m.st. Warszawy
03-122 Warszawa, ul.Modlińska 197
Telefon: 22 676 76 70
Faks: 22 676 60 90
Stronę odwiedziło osób:
9656152
logo_BP_baner_lewy.jpg
ban-konsultacje.jpg
inicjatywa baner wysuwany1.jpg
ban-mapa.jpg
ban-kontakt.jpg
ban-19115.jpg
ban-bip.jpg
ban-facebook.jpg
ban-youtube.jpg
ban-instagram.jpg