logo.png
                 
pl
pl
 
Załatw sprawę w Urzędzie
W Stronnictwie Ludowym i Batalionach Chłopskich Warszawy Prawobrzeżnej
Marian Knyż
W Stronnictwie Ludowym i Batalionach Chłopskich Warszawy Prawobrzeżnej



Marian Knyż (ur. 11 X 1924), pseudonim "Podhalańczyk", zakończył swą działalność okupacyjną jako dowódca Oddziału Specjalnego Batalionów Chłopskich na gminy Bródno i Marki. Kilkakrotnie ranny i odznaczony za zasługi bojowe, był po wojnie więziony prze UB. Rodzice jego Józef Knyż i Marianna z domu Mańk gospodarowali na roli w kolonii Brzeziny. Ojciec był działaczem ruchu ludowego, pełnił też różne funkcje w administracji terenowej. Pięciu braci Mariana brało udział w wojnie obronnej 1939 r.

Po wkroczeniu Niemców do Warszawy i rozpoczęciu okupacji, przygnębiony doznaną klęską, pałałem chęcią odwetu w stosunku do okupanta. Pragnienia te potęgowały się w miarę narastania terroru i krzywd wyrządzanych narodowi polskiemu. Jesienią 1939 r. zgłosiłem się do Dyrekcji Gimnazjum Kolejowego przy ul. Wysockiego 51, by dowiedzieć się czy ewentualnie mógłbym uczęszczać do tej szkoły ponieważ latem zdałem tam egzaminy lecz nie zostałem przyjęty z powodu braku miejsc. Wiadomość jaką otrzymałem była dla mnie radosna.

W sekretariacie oświadczono mi: "Kto będzie pomagał przy odgruzowaniu i budowie szkoły będzie przyjęty w poczet uczniów." Spełniwszy nakazane obowiązki zostałem przyjęty i rozpocząłem naukę. Naukę prowadzono w dość prymitywnych warunkach. Zamiast szyb w oknach dykta lub tektura a nawet deski, brak opału i cała masa innych mankamentów. Dzięki energicznej postawie ówczesnego dyrektora szkoły, prawego Polaka Rudolfa Szmita, niedostatki w miarę możliwości były łagodzone i nauka szła naprzód.

Nie mając kontaktu z organizacją na własną rękę gromadziłem amunicję i broń będąc przekonanym, że kiedyś się przyda. Podobnie postępowali dwaj moi koledzy do których miałem zaufanie i zwierzaliśmy się sobie o naszych poczynaniach. W 1940 r. jeden z nich Zygmunt Krasnodębski mieszkaniec Bródna zaproponował mi wstąpienie do tajnej organizacji, której celem była walka zbrojna z okupantem. Propozycję tę przyjąłem skwapliwie.

Pewnego dnia pojechaliśmy po południu na ul. Grochowską, gdzie w jakimś warsztacie przyjął nas człowiek w sile wieku i wyjaśnił cel organizacji polegający na wojskowym przygotowaniu do przyszłej walki z Niemcami. Od tego czasu w grupach do 10 osób spotykaliśmy się w ustronnych miejscach Gocławka, gdzie nieznani mi ludzie prowadzili z nami wykłady w zakresie wyszkolenia bojowego i posługiwania się bronią.

Jesienią 1940 r. Władysław Bidowaniec zaproponował mi wstąpienie do pracy w szeregach Stronnictwa Ludowego oświadczając równocześnie, że moim miejscem pracy jest właśnie SL. Nie trzeba było większej argumentacji, gdyż tradycje ruchu ludowego były mi bliskie. Ojciec mój był przed wojną działaczem PSL "Wyzwolenie". Propozycję przyjąłem, nie wiedziałem tylko jak rozstać się z dotychczasowa działalnością konspiracyjną. Zmartwieniom moim kres położył przypadek.

W łapance ulicznej został zabrany łącznik, przez którego miałem łączność z organizacją. Mając czyste sumienie przystąpiłem do współpracy z Bidowańcem. Wiosną 1940 r. zostałem umówiony na spotkanie na placu Starynkiewicza z kimś, kto miał mnie przydzielić konkretne zadania. Na spotkanie naznaczone o godz. 16.00 przyszedłem kilkanaście minut wcześniej.

Zająłem dogodne do obserwacji stanowisko i wyczekiwałem na określoną z ubioru i wyglądu osobę. Punktualnie o godz. 16.00 ujrzałem idącego chodnikiem człowieka. Podszedłem, nawiązałem rozmowę, wymieniłem hasło i dostałem odzew. Spacerując po placu Starynkiewicza nieznajomy wypytywał mnie o wiele rzeczy: o moje poglądy, przyczyny chęci pracy w konspiracji itp. Tłumacząc jednocześnie, że to praca niebezpieczna, wymagająca wiele hartu i poświęcenia. Odpowiedziałem, że o tym wszystkim wiem i to mnie nie przeraża. Następnie powiedział, że na dziś koniec rozmowy, wyznaczył termin i miejsce następnego spotkania i odszedł.

Człowiek ten swoim wyglądem, sposobem bycia, rzeczowością rozmowy i innymi walorami osobistymi wywarł na mnie głębokie wrażenie. Jednocześnie zaczęła gnębić mnie inna sprawa natury osobistej. Idąc liczyłem, że dostanę konkretna robotę, a tymczasem skończyło się na wyznaczeniu następnego spotkania. Byłem prawie pewny, że do niego nie dojdzie, że moja ocena wypadła negatywnie. Obawy okazały się płonne, nieznajomy przyszedł. Podobnie jak poprzednio prowadziliśmy rozmowę spacerując po Lindleya.

Pytany byłem o rożne sprawy, jak możliwość zorganizowania w terenie organizacji politycznej SL, punktów kontaktowych, kolportażu prasy podziemnej itp. Tym razem dostałem konkretna zadania z których miałem się wywiązać i na następnym spotkaniu dać sprawozdanie. Wyznaczonego dnia pojechałem już z konkretnym materiałem. Przedstawiłem kandydatów do trójki gminnej SL i możliwości kolportażu prasy konspiracyjnej. Propozycje moje zostały przyjęte. Dowiedziałem się również, że mój rozmówca ma pseudonim "Hieronim".

Oględziny punktu kontaktowego przy ul. Poborzańskiej u p. Walerii Haze wypadły pomyślnie i był on wykorzystywany do 1944 r. Zaakceptowani zostali także kandydaci do trójki politycznej: Józef Nowak, Michał Radziejewski i Józef Kawecki.

Od tego czasu spotkania nasze dobywały się systematycznie w rożnych punktach Warszawy i powiatu warszawskiego. Otrzymywałem rożne zadania do wykonania, z których starałem wywiązywać się jak najlepiej. Na jednym z nich dowiedziałem się, że będą kolportować prasę. W tym celu miałem stawić się o godz. 15.00 na pl. Narutowicza i odebrać od określonej z wyglądu i ubioru osoby paczkę z prasa podziemną.

Starym zwyczajem przybyłem nieco wcześniej i z ukrycia obserwowałem miejsce spotkania na przystanku tramwajowym na pętli. O wyznaczonej porze zobaczyłem panią odpowiadającą rysopisowi, która podeszła do skrzyni z narzędziami (używana do dziś w MZK), oparła się i czekała. Podszedłem, nawiązałem rozmowę, wymieniłem hasło i zabrałem paczkę. Od tego czasu z różnych punktów odbierałem prasę i przewoziłem do miejsc przeznaczenia. Nauka w szkole, tworzenie organizacji SL w terenie, kolportaż prasy podziemnej zabierało mi wiele czasu, toteż postanowiłem kolportaż prasy przekazać innej osobie.

Uzyskawszy zgodę szefa rozglądałem się za stosownym kandydatem. Wybór mój padł na Janinę Nowak, uczennicę Szkoły Handlowej w Warszawie (córkę przewodniczącego trojki politycznej), która w międzyczasie poznałem. By sprawdzić możliwości kandydatki początkowo prasę z punktów w Warszawie odbierałem sam i przekazywałem jej do dalszego kolportażu.

Kiedy sprawdzian wypadł pomyślnie "Bożena", taki wybrała pseudonim, rozpoczęła kolportaż samodzielnie. Ja w tym czasie miałem już skompletowany oddział LSB, który później został przekształcony w oddział BCh. Rozpoczęło się szkolenie członków oddziału. Wykładowcami szkolenia byli "Kret" Wacholski Stanisław i inni oficerowie BCh z terenu Warszawy.

W 1942 r. ukończyłem szkołę przy ul. Wysockiego i zdałem egzamin do państwowej Szkoły Budownictwa Lądowego i Wodnego przy ul. Koszykowej 55. Rok później podczas jazdy do szkoły Niemcy zatrzymali tramwaj u zbiegu ul. Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Usłyszałem strzały. Kiedy wznowiono ruch wybiegłem z tramwaju i zobaczyłem, w miejscu gdzie wznosi się gmach hotelu "Forum", chodnik zalany krwią. W kilkanaście minut po egzekucji na tym miejscu ludność już paliła lampki i składała w hołdzie pomordowanym kwiaty.

Jesienią 1943 r. oddział AK dokonał akcji na majątek kolaborantki Janiny Tokarskiej w kolonii Brzeziny (gm. Bródno), która otrzymywała w darze od Niemców mienie grabione chłopom (bydło, trzodę, zboże). Rozwścieczona tym faktem, podejrzewając, że działam w konspiracji zadenuncjowała mnie. W dniu 3 listopada 1943 r. w godzinach rannych zostałem aresztowany i osadzony w siedzibie gestapo w Jabłonnie. Poddany śledztwu nie przyznałem się do zarzucanych czynów i przynależności do konspiracji.

Dowiedziawszy się o fakcie mego aresztowania szef "Hieronim" nawiązał kontakt z Tokarską i zagroził jej, że jeżeli nie wyjdę na wolność, ona wraz z matką i dzieckiem zostanie zgładzona. Przyrzekła, że żądanie to spełni. Istotnie pod koniec pierwszej dekady listopada zostałem wezwany z celi na kolejne przesłuchanie. Wchodząc do pokoju osłupiałem. Zobaczyłem Tokarską w towarzystwie Niemca w cywilnym ubraniu, w kapeluszu z "pędzelkiem". Zapytała: "co ty tu robisz, jak ty wyglądasz, bój się Boga".

Odpowiedziałem, że zostałem aresztowany w związku z napadem na majątek, że z tą sprawą nie mam nic wspólnego. Powiedziała, abym poszedł do celi, zabrał wszystkie rzeczy. Byłem przeświadczony, że teraz pojadę w al. Szucha. Gdy wprowadzono mnie na dziedziniec, zobaczyłem czarnego Mercedesa. Kazano mi usiąść obok kierowcy. Po wyjeździe z bramy samochód skierował się w stronę Warszawy. Pomyślałem, teraz już koniec ze mną.

Tokarska rozmawiała po niemiecku z cywilem siedzącym obok niej. Tyle co zrozumiałem, to że rozmowa nie dotyczyła mojej osoby. W połowie drogi na wysokości miejscowości Henryków zagadała do mnie: "no cóż, tym razem pójdziesz do domu, jesteś wolny, ale jeżeli będziesz zadawał się z bandytami, to się źle skończy". Nie spostrzegłem, jak kazano mi wysiadać. Radość moja nie miała granic, za kilkanaście minut byłem w domu. Tego dnia wieczorem opuściłem dom, by do niego na stałe nigdy nie wrócić. Decyzja o opuszczeniu domu była słuszna, bo już za tydzień aresztowano ojca i siostrę, dopytując się gdzie jestem.

Po kilku dniach pobytu w Warszawie zostałem skierowany przez T. Makowskiego na teren pow. garwolińskiego. Jednak po dwu tygodniach wróciłem, aby wspólnie z "Kretem" i Makowskim przygotować akcję na majątek niemiecki w Woli Rasztowskiej w powiecie radzymińskim. Na początku lutego nawiązaliśmy kontakt z miejscowym oddziałem BCh pod dowództwem "Szczura".

Uzgodniono wspólny plan działania. 16 lutego o zmierzchu opanowany został budynek administracyjny, zerwano urządzenia telefoniczne, przystąpiono do rzezi bydła i jego załadunku na wozy. W połowie akcji łącznik zameldował, że do majątku zbliża się samochód z żandarmerią niemiecką. Alarm okazał się fałszywy. Po ukończonej akcji, na zbiórce okazało się, że brak jednego z uczestników o pseudonimie "Czarny".

Przy zadymce śnieżnej i dotkliwym mrozie oddział opuścił miejsce akcji, kierując się w stronę szosy Radzymin-Warszawa. Wozy drabiniaste z bydłem na żelaznych obręczach wydawały łoskot słyszalny przy zmarzniętej ziemi na dużą odległość. Ważne było szczęśliwe przekroczenie szosy o dużym nasileniu ruchu pojazdów wojskowych. Wreszcie nadeszła upragniona chwila, droga była wolna. Zacinane batami konie ruszyły szybko z miejsca. W połowie przeprawy zwiadowcy zasygnalizowali nadjeżdżające samochody.

Kiedy ostatni wóz skrył się w cieniu sosen, szosą przejechała kolumna niemieckich wozów wojskowych. Po kilku kilometrach kolejny alarm: jedzie za nami samochód. Zatrzymujemy kolumnę. Pozostawiając wozy w ubezpieczeniu, wybiegamy z "Kretem" naprzód. W przydrożnym rowie zajmujemy stanowiska, by ostrzelać nadjeżdżających Niemców z broni maszynowej i obrzucić granatami. W ciszy nocnej widzimy zbliżające się światła reflektorów, lecz nie słyszymy pracy silnika. Co u licha? Światła coraz bliżej. Krzyczymy: "stój, kto idzie?" W tym momencie światła znikają w rowie i poznajemy głos zaginionego "Czarnego".

Okazało się, że "Czarny" po zgubieniu oddziału w skutek słabej widzialności zdobył rower i po przywieszeniu dwóch latarek elektrycznych do piersi pozorował samochód. Kolumna rusza dalej, brak trzech ludzi. Ponowne zmartwienie, zaczyna świtać. W brzasku dnia widać, że zostawiamy na śniegu ślady krwi sączącej się z zabitych zwierząt. Jest już zupełnie jasno, gdy pierwsze wozy wyjeżdżają na kwatery w miejscowości Kobiałka (gm. Nieporęt).

Akcja udana, strat własnych nie ma. W międzyczasie dowiaduję się o częstych wizytach gestapo w domu rodzinnym w poszukiwaniu mojej osoby. Domu nie odwiedzam. Wiem, że grunt pali mi się pod nogami. Organizacja decyduje, że muszę opuścić Warszawę. W marcu 1944 r. dostaję polecenie wyjazdu do miejscowości Golian w powiecie grójeckim, z zakwaterowaniem u Adolfa Korczaka, członka Batalionów Chłopskich. Po tygodniu zostałem skontaktowany z powiatowym komendantem Dębskim i wcielony do tamtejszego oddziału BCh.

W czasie pobytu u Korczaka brałem udział w szeregu akcji zlecanych mi do wykonania przez Dębskiego. W lipcu-sierpniu 1944 r. wcielono mnie do przybyłego na teren pow. grójeckiego oddziału partyzanckiego "Boruty" Zygmunta Golańskiego. Po wybuchu powstania warszawskiego przewoziłem kilkakrotnie wozem konnym żywność dla mieszkańców Warszawy, oddając ją w punktach docelowych w Magdalence lub Iwicznej.

Po zakończeniu powstania w czasie wykonywania akcji na młyn w Kozitułach zostałem z ludźmi zatrzymany przez oddział AK. Długo trwały pertraktacje zanim puszczono nas wolno. Ten przypadek długo pozostał w mojej pamięci z tej racji, że ludzie, którzy nas zatrzymali będąc synami chłopskimi gotowi byli strzelać do swych braci.

Okres swego pobytu u A. Korczaka uważam za okres dobrej szkoły życia i stabilizacji politycznej. U tego człowieka znajdowali schronienie i przytulisko radykalni ludowcy i komuniści, ludność Warszawy i inni potrzebujący pomocy. Po wyzwoleniu człowiek ten, wielce zasłużony, był niesłusznie represjonowany.

Wyślij link mailem
Pdf
Drukuj
Powrót
Wypowiedz się
Urząd Dzielnicy Białołęka, m.st. Warszawy
03-122 Warszawa, ul.Modlińska 197
Telefon: 22 676 76 70
Faks: 22 676 60 90
Stronę odwiedziło osób:
8111094
logo_BP_baner_lewy.jpg
ban-konsultacje.jpg
inicjatywa baner wysuwany1.jpg
ban-mapa.jpg
ban-kontakt.jpg
ban-19115.jpg
ban-bip.jpg
ban-facebook.jpg
ban-youtube.jpg
ban-instagram.jpg