logo.png
                 
pl
pl
 
Załatw sprawę w Urzędzie
Z okupacyjnych wspomnień maszynisty WKD
Symeon Surgiewicz
Z okupacyjnych wspomnień maszynisty WKD



Autor był maszynistą Warszawskiej Kolei Dojazdowej Jabłonna-Karczew w latach 1928-1944. Przedrukowane fragmenty wspomnień pochodzą z jego książki Warszawskie ciuchcie, Warszawa 1972.

Wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że Polska zaczęła się intensywnie przygotowywać do obrony przed trzecią Rzeszą. W sierpniu przeprowadzono częściową mobilizację. Do wojska poszło wielu znajomych, w tym także brat mój Zeniek. W którąś z sierpniowych niedziel przyjechał pożegnać się z nami. Pamiętam, jak odgrażał się Niemcom twierdząc, że po trzech tygodniach będzie w Berlinie. Znalazł się tam wprawdzie, ale nie w roli zwycięzcy. Przez pięć lat jako jeniec musiał pracować w bauerowskim gospodarstwie.

W jego to domku, w Wiśniewie pod Warszawa, przeżyłem całą okupację. Namówił mnie do przeprowadzki w lipcu 1939 roku. 1 sierpnia, akurat miesiąc przed wybuchem wojny, ściągnąłem tu z Grochowa.

Wiśniewo było podobne do wielu podwarszawskich osad, Henrykowa, Piekiełka itp., dogodnie usytuowanych wzdłuż szlaków komunikacyjnych. Zamieszkiwali w nich rzemieślnicy i pracujący w Warszawie niżsi urzędnicy. Za zaoszczędzone pieniądze kupowali małe działki, tak zwane parcele, by następnie pobudować na nich jakieś domki.

Przedziwna mozaikę architektoniczną stanowią do dziś te domki. Można tu znaleźć drewniane budy, parterowe budyneczki, jednopiętrowe, zazwyczaj murowane wille i setki innych okazów ciesielsko-murarskiej roboty. Domy murowane były okrasą osiedli, gdyż budowano je na podstawie planów. Zapewniały przy tym minimum wygód użytkownikom.

Do takich niewątpliwie należał i ten, w którym ja zamieszkałem. Budował go Zeniek ze swoich kolejarskich oszczędności. Sam co niedziela przyjeżdżał z Targówka, by cały dzień spędzić z kielnią w ręku. Był uniwersalnym rzemieślnikiem. Takiego pieca jak on nikt w okolicy nie postawił, tak jak on nikt nie ułożył podłóg. Miał złote ręce. W 1939 roku parter domu był już gotowy.

W trzech jego mieszkaniach składających się z pokoju z kuchnią zamieszkali lokatorzy. Na piętrze jedno z dwóch mieszkań, mających również po pokoju z kuchnią, zająłem ja, drugie czekało jeszcze na roboty wykończeniowe, ale Zeniek zezwolił mi z niego korzystać. Byłem więc panem aż na trzech pokojach.

Przy domku był ogródek. Miał ze 20 metrów szerokości i z 50 długości. Na klombie przed domem królowały podwójne malwy i maki, a wzdłuż ogródkowych alejek różnorakie georginie, astry, no i słoneczniki. Zawsze kochałem kwiaty. Musiały one rosnąć we wszystkich ogródkach, które kiedykolwiek uprawiałem. Pośród kwiatów, grządek warzywnych, przy pielęgnowaniu drzew owocowych znajdowałem najlepszy, najprzyjemniejszy odpoczynek po trudach kolejarskiej służby.

W gospodarstwie miałem dziesięć kur. Była także koza. Ruda. Bydlę niesforne, ale miłe. Zaopatrywała nas w mleko przez całą okupację. Jej przysmakiem były młode gałęzie drzew. Miotłę też potrafiła zeżreć, drzwi od komórki ogryźć. Za te niecne wyczyny srogo ją nieraz karciłem. Koza w mojej okolicy była najważniejszym gospodarskim stworzeniem. Posiadanie kozy wyróżniało nawet w jakimś sensie jej właściciela spośród mieszkańców. Stawiało go w rzędzie "zamożniejszych". Kozę miał tu co trzeci obywatel, wynika więc z tego, że okolica była zamożna, mlekiem kozim płynąca. [...]

Pierwsze dni wojny

Napięcie rosło. Radio podawało coraz gorsze nowiny. Z ogromnym wzruszeniem wysłuchaliśmy przemówień prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego. Chyba 14 albo 15 września dotarła do nas wiadomość, że szosą Modlińską wycofują się nasze wojska. Wybiegłem z domu. W perspektywie uliczki prostopadle przecinającej szosę i biegnący wzdłuż niej tor kolejkowy dostrzegłem sunącą z północy na południe kolumnę polskich żołnierzy. Całą szerokością traktu cofali się do Warszawy. Zakurzeni, brudni, smutni, niektórzy już bez broni.

Zrozumiałem klęska! Po dwudziestu latach niepodległości znów czekała nas niewola. Huczało mi w głowie. Ciężkich, jakby odlanych z ołowiu myśli nie mogłem powiązać w logiczną całość. Wszystko nie miało znaczenia wobec uświadomionej tragedii.

Wyszedłem ze szpaleru, który utworzyli mieszkańcy okolicy na krawędziach szosy, i powlokłem się do domu. Usiadłem na ławce w ogródku, pod antonówką. Pragnąłem być sam. Nagle od strony Płud, z ulicy Srebrnogórskiej wyskoczyły trzy motocykle skręcając w ulicę Paderewskiego. Potem jeszcze dwa, a potem już po opłotkach zaczęły snuć się pojedyncze sylwetki najeźdźców, z pistoletami maszynowymi gotowymi do strzału, z granatami za pasem, z okrągłymi puszkami na maski, uzbrojeni solidnie. Rękawy mundurów mieli zawinięte aż za łokcie, jak rzeźnicy. Butni, naładowani nienawiścią.

Zdążyłem wpaść do mieszkania zgarnąć do walizeczki kilka osobistych przedmiotów, gdy rozległ się przeraźliwy, skrzeczący głos hitlerowca: Raus!

Kazali mężczyznom wychodzić na ulicę. Kobiety podniosły krzyk. Rzucił mi się na szyję trzyletni, najmłodszy synek Kazio, płacząc przeraźliwie. Niemca ta scena musiała chyba wzruszyć, bo po kolejnej prośbie żony, zaklinającej go na wszystko, by pozostawił ojca dzieciom, machnął ręką, co oznaczało, abyśmy wracali do domu. Mieliśmy szczęście.

Rankiem następnego dnia w sąsiednim ogrodzie pojawił się jego właściciel Cynzer. Ubrany był w brunatny mundur oficera S.A. na prawym ręku miał szeroką, czerwoną opaskę z czarnym hakenkreutzem na białym, okrągłym polu. Paradował z godzinę, chodząc od drzewka do drzewka niby to w celu sprawdzenia dorodności owoców. Rozumieliśmy jednak, że chciał zaprezentować się nam we właściwej roli. To była jego parada zwycięstwa. [...]

Życie pod okupacją

Całymi dniami przebywałem teraz w domu. Miałem wiele zaległości w ogródku i w... polu. Polem nazywałem morgę ziemi, którą wydzierżawiłem od sąsiada wiosną 1943 roku. W czasie okupacji powszechnie zagospodarowywało się każdy kawałek ziemi leżącej odłogiem. Na dzierżawionym gruncie sadziłem przede wszystkim kartofle, trochę fasoli, dużo jarzyn i sporo prosa oraz gryki. Z prosa miałem kaszę jaglaną, która okraszona kozim mlekiem stanowiła wówczas, rzec można, podstawowe pożywienie. Prawie jedną czwartą pola zajmowała łąka, dająca siano dla kozy na zimę.

W czasie okupacji każdy Polak musiał próbować różnych sposobów, by utrzymać się przy życiu. Jeśli się nawet miało stałą pracę, okupacyjne pensje nie zapewniały możliwości przetrwania.

W rodzinie mojej panował twardy rygor. Wszyscy od najmłodszego do najstarszego, musieli intensywnie pracować, nawet osiem lat liczący wtedy syn Kazimierz. Starszy od niego o pięć lat Remigiusz kończył w 1944 roku szkołę podstawową w Piekiełku. Ponadto uczęszczał dwa razy w tygodniu na dodatkowe lekcje z historii Polski, na tak zwane komplety, do pana Wojciecha Zawadzkiego. Pozostały, wolny od nauki czas spędzał na polu.

Kartofle okopywał na równi ze mną, proso kosił sierpem nie gorzej od żony. Tylko najstarszy syn Bogdan, kochany przez wszystkich, zwolniony był od prac fizycznych, gdyż od urodzenie prześladowała go ciężka choroba.

Pan Zawadzki, powszechnie zwany w okolicy panem Wojcieszkiem, był społecznikiem z urodzenia, choć jego działalność społeczna zdawała się mieć swe źródło w dawno już przebrzmiałych ideałach pozytywizmu. Tuż przed wybuchem wojny, w wynajętym u Zeńka pokoiku, urządził bibliotekę "Macierzy Szkolnej". Księgozbiór jak na potrzeby okolicy miał bogaty, wobec czego schodziła się do niego młodzież nawet z odległych osad: Białołęki, Dąbrówki, Żerania, Choszczówki. Tą biblioteką kierował przez wszystkie lata okupacji. Jednocześnie prowadził komplety gimnazjalne w swoim, tuż za moja dzierżawą położonym, domu. Za tę patriotyczną działalność należą mu się słowa uznania.

W mojej okolicy duże wpływy miała Armia Krajowa. Zorganizowała tu swoje plutony i drużyny harcerskie. Do jednej z nich, do zastępu "Zawiszaków", należał nawet syn mój Remek. Powiedział mi o tym dopiero po wojnie, za co odwzajemniłem się też niespodzianką informując go, że jednocześnie spełniał rolę peperowskiego gońca. Olek Kowalski i ja niejednokrotnie wykorzystywaliśmy go celem dostarczenia "Gwardzisty" i innej konspiracyjnej bibuły do towarzyszy zamieszkałych w podwarszawskich osiedlach.

Wysoki stopień zorganizowania zawdzięczała AK w naszej okolicy (i nie tylko w naszej) przedwojennej kadrze oficerskiej i podoficerskiej, która przecież w większości zgłosiła swą przynależność pod jej sztandary. Miałem oczywiście rozeznanie, kto z sąsiadów należy do AK. Osobiście nie utrzymywałem z nimi kontaktów. Pragnąłem w oczach najbliższego otoczenia w Wiśniewie uchodzić za człowieka niezaangażowanego, nie przynależącego do żadnej organizacji. [...]

Ostatni pociąg

Dni były coraz niebezpieczniejsze. Toczyły się zażarte boje o Pragę. Niemcy szykowali kolejną rubież obronną na Kanale Żerańskim, chcąc utrzymać za wszelką cenę teren w rozwidleniu Wisły i Bugo-Narwi. Do kopania transzei zmuszali codziennie ludność cywilną. Z trasy karczewskiej i radzymińskiej ściągnęli cały tabor kolejowy na linię jabłonowską, gdzie wykorzystywano go dla celów wojskowych.

Wprawdzie w każdym pociągu znajdowały się wagony dla Polaków, ale korzystali oni obecnie z usług ciuchci tylko w wyjątkowych, koniecznych przypadkach. Unikali w owym czasie wszelkich podróży, by się niepotrzebnie nie narażać na represje ze strony hitlerowców. Każdy chciał przetrwać te ostatnie tygodnie okupacji, zaszyty w jakiś kąt w piwnicy czy w schronie.

Kolejki jeździły do końca sierpnia. We wrześniu ruch zamarł także na linii jabłonowskiej. Odtąd przebywałem w domu, ukrywałem się w komórce ściślej mówiąc w dużej beczce, którą tam zakopałem. Nocą, w tajemnicy przed żoną, wychodziłem na dach i całymi godzinami obserwowałem zarys frontu. Te nocne rekonesanse dodawały mi sił, umacniały w przekonaniu, że dzień wyzwolenia jest bliski.

12 września o piątej rano ktoś mocno zakołatał do drzwi. Otworzyła je żona. W progu stał żandarm niemiecki i zwrotniczy ze stacji Wiśniewo, Nałęcz. Niemiec kazał mi się ubierać.

Na stacji oczekiwała już cała brygada. Na mojego pomocnika wyznaczono teraz Henryka Janiszewskiego, tego samego, z którym razem opuszczałem Warszawę w pierwszych dniach wojny. Kierownikiem pociągu był Tadeusz Nowacki, a smarownikiem Kazimierz Kalina. Wszystkich ich sprowadzili tu Niemcy pod przymusem.

Nie określając celu podróży kazali nam ruszać do Warszawy. Parowóz nr 16 stał już pod pełną parą. Jeszcze w nocy przygotował go Nałęcz. Podjechałem pod skład liczący dwanaście wagonów węglarek i jeden osobowy. W tym momencie zjawili się przy parowozie dwaj młodzieńcy: syn Boksa i kuzyn Nowackiego, z prośbą, aby zabrać ich na Pragę.

Wysmarujcie sobie twarze miałem i siadajcie na pierwszą węglarkę, powiedziałem im. W razie czego będę tłumaczył Niemcom, że jesteście potrzebni do obsługi pociągu.

Szlak przed nami był puściusieńki. Podobnie szosa modlińska, biegnąca wzdłuż toru, ale tylko do Żerania. Nad Kanałem Żerańskim kręciło się mnóstwo żołnierzy niemieckich. Obsadzali transzeje, które kopała ludność cywilna w poprzednich dniach. Tu powstawała ich kolejna rubież obronna. Niemcy pragnęli za wszelką cenę utrzymać przyczółek w widłach Wisły i Bugo-Narwi, by z niego wykonać przeciwuderzenie na wojska radzieckie, które toczyły już bezpośrednie walki o prawobrzeżną Warszawę.

Przyglądałem się "pludrom" i dusza mi rosła. Ni śladu tej pychy, buty, której pełni byli w roku 1939, 1940 czy też w 1941, kiedy tą samą drogą maszerowali na wschód. Ich oczy, twarze, cała postawa, wyrażały przygnębienie i przerażenie. Przeszkolił ich porządnie "wujek Iwan".

W Śliwicach musieliśmy stanąć. Tor był rozjechany przez czołgi. Przymocowaliśmy szyny hakami do podkładów i pojechaliśmy dalej.

W Golędzinowie spod wiaduktu wyłoniła się długa, bezładna kolumna pancerna wojsk niemieckich. To właśnie tutaj w czerwcu roku 1941 zatrzymali mnie na kilka godzin ich koledzy, podążający na podbój Rosji. Co za zbieg okoliczności! Jakże żałosne były teraz ich miny, jakże smutny powrót! Przeżyłem chwilę satysfakcji, oczywiście nie pierwszą już w tym okresie wojny, ale ta, skojarzona z owym, czerwcowym dniem, wprawiła mnie w szczególny nastrój. [...]

Staliśmy już kilka minut w Golędzinowie, przepuszczając oddział niemiecki. Tu zostaliśmy poinformowani, że zaraz za wiaduktem skręcamy w lewo, bo jedziemy na Stalową (wzdłuż dzisiejszej trasy Stefana Starzyńskiego). [...]

Po piętnastu minutach, na stacji Stalowa, wszystko się wyjaśniło. Na nasze węglarki czekali Niemcy. Kazali je natychmiast podstawić pod wagony kolei szerokotorowej. W ciągu niespełna godziny kilkudziesięciu żołnierzy załadowało wagoniki ciuchci minami i zaporami z drutu kolczastego. Uwijali się w pocie czoła. Wnioskowaliśmy na tej podstawie, że bardzo im zależy na czasie.

Z tym niebezpiecznym ładunkiem ruszyliśmy w powrotną drogę do Golędzinowa, a dalej przez Most do Wawra. Miałem wtedy okazję ujrzeć z bliska płonącą Starówkę. Niemieckie baterie haubic rozmieszczone w ogrodzie zoologicznym nieustannie ostrzeliwały Warszawę Również armaty ustawione nad Wisłą, w pobliżu mostu Kierbedzia, prowadziły ogień na zamęczone już miasto. Natomiast w samym mieście, zwłaszcza na Starówce, nikt nie strzelał. Był to dla nas dowód, że powstanie w tym rejonie dogorywało. [...]

Powrót do domu

25 października oddziały 1 armii Wojska Polskiego wyzwoliły Wiśniewo. Zwolniłem się w KW i jeszcze tego dnia pobiegłem do domu. Nikogo nie zastałem. Niemcy wysiedlili wszystkich Polaków mieszkających w widłach Wisły i Bugo-Narwi. Zacząłem błądzić po okolicznych osiedlach. Przerażająca pustka obezwładniła mnie.

Tuż za Kanałem Żerańskim, w parku, natknąłem się na stosy trupów niemieckich. Jakaś potężna salwa poraziła co najmniej jeden batalion hitlerowski. Ale na wydmach Płud spoczywała także tyraliera radziecka. W odstępach kilkumetrowych, w równej linii, spali snem wiecznym ci, którzy jeszcze we wrześniu 1944 chcieli dać wolność temu skrawkowi ziemi polskiej. Odziani byli w typowe rosyjskie fufajki.

Wszystkie mieszkania zostały splądrowane, ograbione przez żołdaków hitlerowskich. Nawet wywietrzniki powyrywali ze ścian, szukając tam "skarbów". Usiadłem bezsilny na tym rumowisku. Opanowały mnie najczarniejsze myśli. Bez najbliższych nie mogłem wyobrazić sobie dalszego życia. Potem jednak zebrałem się w garść i zacząłem porządkować dom. Przede wszystkim zabezpieczyłem furtkę od ulicy, drzwi wejściowe do sieni, okna na parterach. Noc przesiedziałem przy karbidówce, snując smętne myśli.

Postanowiłem nie opuszczać domu, dopóki nie zjawi się ktoś z jego mieszkańców. Trudno, niech poczekają w KW, powiedziałem sobie. Przyszłość współlokatorów też była dla mnie ważna. Po oporządzeniu domu wziąłem się do kopania kartofli na polu, zbierania warzyw i tym podobnych prac.

28 października, a więc w czwartym dniu mojego samotnego przebywania w Wiśniewie, stał się cud. Na podwórko wtoczył się dwukołowy wózek, pchany przez żonę i trzech synów. Zaniemówiłem. Niepowtarzalna chwila szczęścia! Takich chwil niewiele ma każdy człowiek w całym życiu.

Wynędzniali, obdarci, z zapadniętymi oczyma. Ukrywali się w Jabłonnie. Przez kilka tygodni, wraz z kilkoma innymi rodzinami w piwnicy dwupiętrowego domu tuż przy szosie biegnącej z Jabłonny do Legionowa. Wkrótce okazało się, że w okolicy przetrwało wiele innych rodzin bądź osób. Wracali teraz do swych domostw. [...]

Wyślij link mailem
Pdf
Drukuj
Powrót
Wypowiedz się
Urząd Dzielnicy Białołęka, m.st. Warszawy
03-122 Warszawa, ul.Modlińska 197
Telefon: 22 676 76 70
Faks: 22 676 60 90
Stronę odwiedziło osób:
8933560
logo_BP_baner_lewy.jpg
ban-konsultacje.jpg
inicjatywa baner wysuwany1.jpg
ban-mapa.jpg
ban-kontakt.jpg
ban-19115.jpg
ban-bip.jpg
ban-facebook.jpg
ban-youtube.jpg
ban-instagram.jpg