logo.png
                 
pl
pl
 
Załatw sprawę w Urzędzie
Nowodwory. Tu upłynęła moja młodość
Edward Figauzer
Nowodwory. Tu upłynęła moja młodość


W 1936 r. rodzice, głównie głowa rodziny czyli ojciec, zdecydowali się na sprzedanie mieszkania na ulicy Ząbkowskiej na Pradze i kupno domu pod Warszawą. Praskie mieszkanie to był jeden duży pokój z balkonem na pierwszym piętrze, z którego dzięki przedzieleniu wielką dębową szafą, uzyskano pokój i kuchnię, z takimi udogodnieniami jak kran z wodą, zlew i kuchnię może już gazową.

Dom pod miastem znajdował się w miejscowości Nowodwory, w gminie Jabłonna (obecnie Białołęka). Był to stary, drewniany, typowy dom wiejski podzielony pośrodku sienią, a po każdej jej stronie były dwa pomieszczenia jedno większe, drugie mniejsze. Niestety dom był stary i wymagał sporego remontu, o którym rodzice nie mieli większego pojęcia. Najważniejszą sprawą była wymiana spróchniałych podwalin, grubych drewnianych kloców leżących na podmurówce.

Na tym wspierały się drewniane ściany zewnętrzne i wewnętrzne były bowiem murowane. Przed wejściem dobudowano werandę, która w przyszłości miała być oszklona, ale na razie posadzono chmiel, który szybko ocienił, ale jednocześnie długie pędy sięgały połowy dachu, i trzeba je było na jesieni ściągać, bo chmiel co roku wypuszcza nowe pędy. Ta zielona latem weranda, chociaż sprawiała sporo kłopotu, bardzo poprawiła wygląd domu.

Druga konieczną czynnością był remont dachu pokrytym gontami. Na remont poszły wszystkie oszczędności i pożyczki, ale po roku przenieśliśmy się do własnej posiadłości, bo dom otaczała spora działka. Wygody to było światło elektryczne i studnia na podwórku. Jak na potrzeby naszej rodziny. Rodzice, starsza o 2 lata siostra i ja 6-latek, obecne 3 pokoje z kuchnią, pod którą była duża piwnica, w której mieściły się wszystkie zimowe zapasy, to był prawie luksus.

Ponieważ było dużo miejsca, a mebli niewiele, otrzymałem od wujka Stacha akwarium i parę złotych rybek. Rybki się wkrótce rozmnożyły i byłem z nich dumny, bo nikt w okolicy nie posiadał nawet akwarium. Natomiast uciążliwy był dojazd do pracy mojego taty. Pracował na ul. Królewskiej, w Towarzystwie Przemysłowo Leśnym, w którym był niższym urzędnikiem. W Warszawie mieściła się dyrekcja ze służbami finansowo-handlowymi, a właściwe zakłady produkcyjne znajdowały się na wschodzie Polski.

Zakłady produkowały głównie sklejkę, zwykłą, wodoodporną i pokryta różnymi masami. Była np. sklejka pokryta warstwą twardego azbestu, ognioodporna, oraz pokryta masami o różnych kolorach, twardymi prawie jak szkło, ale dającymi się obrabiać, Trochę później ze sklejki azbestowej ojciec zbudował w przedzielonej sieni kuchnię, a arkusz sklejki pokryty twardą zieloną masa posłużył za blat stołu kuchennego i znakomicie spełniał swoją rolę przez długie lata. Pomimo mojego zainteresowania, do tej pory nigdzie nie spotkałem podobnej sklejki.

Dojazd do pracy taty (mama zajmowała się domem i dziećmi, tak jak prawie we wszystkich rodzinach w tamtym okresie), składał się z 3 etapów, pierwszy to dojście ok. 800 m do stacji Dąbrówka Grzabowska, kolejki wąskotorowej Jabłonna-Warszawa Most-Karczew i dojazd do stacji Warszawa Most-drugi etap. Trzecim etapem to dojazd tramwajem M (linia okólna przez mosty). W sumie podróż trwała ok. 1,5 godz. na dojazd i tyle samo na powrót. Dla mnie ten pierwszy okres pobytu na wsi był niezmiernie interesujący. Wszystko było nowe: okolica, drzewa, rośliny, ptaki, zwierzęta, owady, ale niestety wszystko się kończy i trzeba było rozpocząć naukę w szkole powszechnej.

Szkoła nazywała się bardzo poważnie: 7 klasowa publiczna szkoła powszechna w Nowodworach, powiat Warszawski. Kierowniczką szkoły była pani Zenobia Filipowicz, moją wychowawczynią i nauczycielką prawie wszystkich przedmiotów była pani Pauksztowa, z innych nauczycieli pamiętam jeszcze panią Nowicką, a reszta wypadła z pamięci. Główny budynek szkoły miał tylko dwie lub trzy klasy lekcyjne, wobec czego wynajmowane były jeszcze trzy sale w innych budynkach.

Ten główny budynek istnieje do dzisiaj, po wojnie został rozbudowany ale obecnie jest siedzibą Zakładu Elektromechanicznego. Dwie sale były wynajmowane w nieistniejącym budynku przy samej szosie modlińskiej, jedna po dawnej restauracji, druga na samym końcu dosyć dużego budynku. W podwórku tegoż domu prowadzona była prywatna wytwórnia wafli przekładanych czekoladą i co najważniejsze można było tanio kupić ścinki tych wafli.

Trzeci lokal był daleko od pozostałych i na moje nieszczęście, w sąsiedniej posesji, (obecnie ul. Marcina z Wrocimowic 5) wobec czego nauczycielka nie miała żadnych problemów w przekazywaniu mojej mamie uwag, nie zawsze pochlebnych, Zaletą za to była dosyć szeroka droga na której graliśmy w piłkę. Na całe szczęście w sali tej zawsze uczyła się czwarta klasa, i po roku bliskie kontakty mojej mamy z nauczycielami wydłużyły się nieco. Boisko szkolne znajdowało się tylko przy głównym budynku. był to teren duży, wielkości boiska piłkarskiego.

Wędrówki do szkoły umożliwiły poznanie nowego rozszerzonego obszaru działań, na terenie którego były liczne sklepiki sprzedające pestki z dyni, oranżadę i kwas w butelkach zamykanych zmyślnymi drucianymi dźwigniami i najbardziej atrakcyjne, małe jak paznokieć czekoladki po pół grosza za sztukę. Gdyby obecna młodzież zobaczyła ten asortyment łakoci, nie mogła by uwierzyć jak wtedy można było żyć. Dalej, przy obecnej ul. Sprawnej, nad kanałem odprowadzającym cuchnące ścieki, była garbarnia wyprawiająca skóry miękkie. Była jeszcze stara, nieczynna wtedy garbarnia, ale nie pozostał po nie żaden ślad.

Śmierdzący kanał odprowadzał ścieki z zakładów w Henrykowie o których Kasprzycki w "Korzeniach Miasta" napisał: ...Obfite płody okolicznego rolnictwa wykorzystywano przemysłowo już na przełomie stuleci, gdy warszawski przedsiębiorca Henryk Bienenthal (stąd nazwa "Henryków"), uruchomił gorzelnię i drożdżownię na skraju wsi Dąbrówka przy skrzyżowaniu z drogą, która wiodła do wielkotowarowych folwarków i gospodarstw Lejanowa, Szamocina, Białołęki Dworskiej, Marcelina. W późniejszych latach przeprowadzono tędy do stacji kolejowej Płudy bocznicę kolejki wąskotorowej Warszawa-Jabłonna.

W okresie międzywojennym gorzelnia i drożdżownia "Henryków" zaliczana do największych w kraju należała do wspólników: braci Szpilfogiel i finansisty M. Szereszowskiego. Drożdże "Henryków" z krasnalem na etykiecie uważane były za jedne z najwydajniejszych wagowo a to się liczy w tej branży... Drożdże jako wysoce dochodowy produkt uboczny przemysłu fermentacyjnego podlegały ścisłej kontroli państwowej i bywały narzędziem walk politycznych partii, dążących do władzy! Oprócz firmowych drożdży wytwarzano w Henrykowie spirytus rektyfikowany wysokiej jakości.

Wszystko wskazuje na to, że dostarczano ten surowiec m.in. do zakładów chemicznych "Elita" w Grodzisku Mazowieckim, gdzie podobno przed ostatnią wojną zdołano uzyskać spirytus bezwodny dla przemysłu zbrojeniowego. Na terenie dawnego "Henrykowa" działa dziś Fabryka Syntetyków Zapachowych "Aroma-Pollena". Ten unikatowy w Polsce zakład przyciągnął nas nie tylko upojną wonią róż, geranium i "zielonego jabłuszka", ale przede wszystkim dobrze utrzymanymi pozostałościami dawnego budownictwa przemysłowego. "Najwięcej ścieków pochodziło z zakładów Spiessa w Tarchominie. Obecnie są to rozbudowane po wojnie, zakłady produkujące pierwsze w Polsce antybiotyki, ze zmienioną nazwą na Polfa (przygotowywane obecnie do prywatyzacji).

Oprócz wymienionych zakładów, na Winnicy były jeszcze zakłady chemiczne produkujące barwniki, prawdopodobnie filia lub współpracująca z zakładami chemicznymi Boruta w Zgierzu. Zakłady na Winnicy odprowadzały ścieki przemysłowe specjalnie wybudowanym kolektorem wprost do Wisły. A w zależności od aktualnie produkowanego barwnika woda w Wiśle była kolorowa. Ścieki te miały również różny stopień toksyczności, bo niektóre powodowały śnięcie ryb. W pogodne letnie dni sporo osób wędrujące nad Wisłę na opalanie i kąpiel (woda w Wiśle była jeszcze czysta) wyłapywały takie oszołomione ryby i przenosiły je do czystej wody.

Część owego kolektora biegnie jeszcze wzdłuż ul. Grzymalitów. Były jeszcze w Płudach zakłady produkujące ogórki konserwowe, przetwory pomidorowe, a w okresie okupacji marmoladę z jabłek i podobno resztek nieprzerobionych pomidorów oraz buraków cukrowych. Marmolada ta miała twardą konsystencję i otrzymywało się ją na kartki. Zakłady te były ważne dla okolicznych rolników, którzy stopniowo przestawiali się na produkcje dostarczanych do zakładów owoców i warzyw, a oprócz tego wcześniejsze, które dojrzały w tzw. inspektach, na bazary warszawskie.

Korzyść z tego była podwójna, bo uzyskiwano o wiele większe dochody, a ponadto zwiększało fachowe wiadomości producentów, którzy w okresie wczesnego Gierka, masowo budowali szklarnie i tunele foliowe, w których uprawiano wczesne warzywa, a przede wszystkim najbardziej dochodowe kwiaty. Produkcja ta jednak była zależna od cen opału, bo szklarnie i tunele foliowe były ogrzewane od połowy zimy i kiedy opał podrożał, przestało to być opłacalne, ale to już całkiem inny okres mojego życia.

Zakładem który jako pierwszy wpłynął na rozwój sadownictwa były zakłady Spiessa produkujące ocet winny z jabłek, oraz nawozy sztuczne. Na terenie obecnej gminy Białołęka było jeszcze więcej mniejszych i małych zakładów przemysłowych, które szybko obrastały w osiedla niewielkich domków, budowanych przez pracowników, niestety większość tych domów była drewniana i nie przetrzymała działań wojennych, tak jak i zakłady przy których wyrosły. Dotyczy to zakładów chemicznych na Winnicy, pod rozbudowę których ogrodzono spory sosnowy lasek i zaczęto stawiać lekkie budynki, ale które zostały wysadzone przez Niemców w powietrze i to tak dokładnie, że po wojnie zrezygnowano z odbudowy. Na tym terenie zbudowano potem szkołę podstawową nr 154 im Pawła Strzeleckiego ul. Leśnej Polanki.

Nie wiem dlaczego przed wojną szkoły były powszechne, a po wojnie podstawowe i jaka jest między nimi różnica. Wracam teraz do przyfabrycznych osiedli, prawie na każdym było parę sklepików, często prowadzonych przez kupców żydowskich. Większość sklepów sprzedawała mydło i powidło i to przeważnie na tzw. zeszyt. Ta forma sprzedaży była bardzo wygodna, nie trzeba było nosić pieniędzy, a zakupy zrobić nieraz przy okazji wracając, np. od sąsiadki, poza tym często po zakupy były wysyłane małe dzieci, z wypisanymi na kartce potrzebnymi artykułami. Raz w miesiącu po wypłacie regulowało się rachunek wynikający z podsumowania wszystkich zakupów.

Trochę dziwna rzecz, ale wtedy nie robiono dużych zakupów, prawdopodobnie dlatego, że w sklepie stały worki z mąką, cukrem, kaszą i innymi artykułami, które odważano do papierowych torebek. Z okazji chyba mojej komunii św., dostałem od kogoś monetę 1 złoty i za całość zafundowałem sobie pestek z dyni. Była to wielka torba, mieszcząca 1 kg, i tak wielki zakup wzbudził sensacje. To dotyczy również zakupów mięsa, a zwłaszcza wędliny. Na stacji, tak się określało lokalne centrum, było parę domów murowanych w których były większe sklepy.

Największym powodzeniem cieszył się sklep mięsny i wędliniarnia pana Brzezińskiego. Podobno po wędliny jego wyrobu przyjeżdżali smakosze aż z Warszawy. Ja mogę potwierdzić że salceson był znakomity i wolałem go od szynki. Również wspaniałe były serdelki. Ponadto można było u niego kupić np. 5 czy 10 dkg rozmaitości, to jest po jednym lub dwóch plasterkach różnych wyrobów. Biedniejsi kupowali za grosze skrawki i nie były to same sznurki z kawałkiem skórki, bo pan Brzeziński, żywa reklama swoich wyrobów, nie był skąpy. Były również dwie kuźnie, po obu stronach szosy, tak jak teraz budowane są stacje benzynowe.

Czas jednak szybko mijał i na wakacje 1939 r. pojechaliśmy z siostrą do wujostwa do Góry Kalwarii. Stacjonował tam 1 Pułk Artylerii Najcięższej wyposażony w moździerze 220 mm wz 32 Skoda i polskie ciągniki C7P. Wujek Stanisław Ziemiński, zawodowy podoficer, był w nim zbrojmistrzem. Wujostwo mieszkało w nowych budynkach Kwaterunku Wojskowego ze wszystkimi wygodami, co dla nas było wtedy wielką atrakcją. a poza tym ciotka potrafiła opowiadać ciekawe historie i poświęcała nam wiele czasu, bo jej syn, również Stanisław, był na obozie junackim.

Do Góry Kalwarii dojeżdżało się kolejką wąskotorową ze stacji Warszawa Południowa, której budynek stacyjny obecnie w ruinie czeka na rozbiórkę, a znajduje się to przy stacji metra WILANOWSKA. Ciekawa też jest historia Góry Kalwarii jako wieś istniała w XII w., zniszczona przez Szwedów, w XVII własność biskupa Stefana Wierzbowskiego, który zbudował wielki ośrodek kultowy z kalwarią i klasztorem na wzór Jerozolimy.

Miasto zaprojektowano w kształcie krzyża, którego ramiona wyznaczały kościoły i klasztory. W 1674 biskup uzyskał lokację miejską na prawie magdeburskim, nazwę: Nowe Jeruzalem, oraz przywilej osiedlania się tylko ludności katolickiej. Po trzecim rozbiorze Polski tereny te łącznie z Warszawą przypadły Prusom, Przeprowadzili oni sekularyzację dóbr kościelnych które przejął rząd. Klasztor pijarów przebudowali na koszary, oraz zezwolili na osiedlanie się Żydów. Walki w XIX w spowodowały upadek miasta, jednak pod koniec wieku ludności zaczęło przybywać.

W 1939 r. było ok. 8 tys. ludności z tego połowa to Żydzi, ponieważ była tu od 1859 r. siedziba cadyka z rodu Alterów (cadyk: człowiek prawy o wysokich walorach duchowych, wokół którego skupiała się gmina chasydzka ruch religijny zapoczątkowany w XVIII w chwalenie Boga radością-tańcem, śpiewem). Ponadto w pobliżu jest Czersk, miasto starsze od Warszawy z ruinami zamku.

Mieszczanie stolicy udzielnego księstwa czerskiego, uprzejmie życzyli mieszkańcom niewielkiej jeszcze wtedy Warszawy, by rozwijała się również pomyślnie jak ich miasto. Życzenia były pewnie wymówione w złą godzinę, bo Warszawa zaczęła się szybciej rozwijać, Wisła odsunęła się o około 1,5 km od grodu, u stóp którego płynęła i książęta czerscy przenieśli swoją stolicę do Warszawy. Z dawnej stolica księstwa Czerskiego pozostały ruiny zamku i niewielka wioska.

Nie nudziliśmy się więc u wujostwa nieświadomi powagi sytuacji politycznej. Martwiła się za to ciotka, że nasza mama nie zgłasza się po dzieci, tym bardziej że pułk opuścił koszary i przeniósł się na razie na pobliski poligon. Do końca życia nie zapomnę właśnie opuszczenia koszar. Na wielkim placu apelowym ustawione były w równych rzędach ciągniki gąsienicowe C7P polskiej konstrukcji i produkcji i moździeże, rozebrane do transportu, na specjalnych przyczepach. Na pierwszej lufa z zamkiem, na drugiej łoże, na trzeciej podstawę.

Na każde działo przypadały 3 ciągniki wyposażone w silniki wysokoprężne, a obsługa i zapasy amunicji na samochodach Polski Fiat 621 L. Kiedy na rozkaz zostały uruchomione, plac wypełniły chmury niebieskawego dymu, gryzącego oczy, prawie tak jak granaty łzawiące w stanie wojennym. Po zagrzaniu silników cała kawalkada wolno opuściła koszary, a ja płakałem jeszcze długo od tego gryzącego dymu. Nazajutrz przyjechała mama i ku radości ciotki szybko udaliśmy się do domu.

W domu niespodzianka, tata kupił lampowe radio i sąsiedzi schodzili się wieczorami posłuchać wiadomości, które często się zmieniały, od optymizmu w przemówieniach radiowych "nie oddamy nawet guzika", do bardziej realistycznych. 24 sierpnia prezydent Starzyński wzywa do kopania rowów przeciwlotniczych, apel jest powtórzony w niedzielę przez księży na nabożeństwach. Moja mama na jakiś apel regionalny wyrównuje w Jabłonnie teren pod lotnisko polowe (?).

Prawie wszystkich ogarnęła psychoza strachu przed gazami trującymi, poszukiwanie masek przeciwgazowych, lub zastępczych w formie opasek na usta i nos zawierające warstwę miału z węgla drzewnego, lub płynów którym, w czasie ataku gazowego należało nasycić gazę lub chusteczkę. Kupowano pakuły i taśmy gumowe do uszczelniania drzwi i okien, okna zalepiano na krzyż taśmami papierowymi, co miało zabezpieczać przed odłamkami wypadających szyb (?). 30 sierpnia wydano rozkaz zaciemniania miasta, a prezydent Starzyński wydał odezwę "Do wszystkich pracowników miejskich", apelując o udzielanie wszechstronnej pomocy armii. 31 sierpnia ogłoszono mobilizację. Po tych wiadomościach tata stracił wrodzony optymizm.

Moja mama była bardzo wierząca i w każdy pierwszy piątek miesiąca wędrowała do kościoła do spowiedzi i komunii św. Wędrowała, bo do kościoła w Tarchominie było ok. 3 km, tak samo zresztą jak i na Płudy. Najbliżej było do kaplicy Sióstr Benedyktynek Samarytanek w Henrykowie. Opiekowały się dziećmi upośledzonymi umysłowo i moralnie zagrożonymi. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że największy polski reżyser i pedagog Leon Schiller, aresztowany po zamachu na Igo Syma w marcu 1941 r. , trafił do obozu Auschwitz, a potem przez więzienia w Bytomiu, Wrocławiu, Poznaniu, Radogoszczu trafił z powrotem do Warszawy i tu został wykupiony.

Był w złym stanie fizycznym, natomiast nasiliły się uczucia religijne. Współpracował z Siostrami Samarytankami w Henrykowie, gdzie zaraz po Bożym Narodzeniu 1942 r. dał premierę swojej Pastorałki. Zjechała się cała Warszawa sławni pisarze, muzycy, malarze, ludzie teatru. Postacie św. Józefa, Matki Boskiej i inne grały dziewczęta z zakładu. W lipcu 1943 r. wystawił Gody Weselne. Pogłębiły się związki duchowe Leona Schillera ze wspólnotą zakonną w Henrykowie.

Artyzm wspierał religijność, wiara objawiała się w sztuce. Również latem 1943 ukończył Schiller pracę nad inscenizacją Akropoli, przeznaczoną na otwarcie Teatru Polskiego już po wyzwoleniu. Jesienią 1943 r. ostrzeżony przed aresztowaniem przebywał w Henrykowie, Samarii i Milanówku (z książki H. I. Rogackiego-Warszawskim Szlakiem Leona Schillera). Budynki zajmowane przez siostry nie uległy zniszczeniu, ale po wojnie wraz z całym dużym terenem przejęte przez państwo i przy ul. Mehoffera wybudowano parterowe pawilony dla nieuleczalnie chorych.

Tak wiec w najbliższy piątek, a wypadał właśnie 1 września, rano szliśmy na Płudy. Ranek był mglisty i co jakiś czas w górze słychać było strzały, przeważnie dłuższe serie z karabinów maszynowych. Spotkani znajomi uważali, że to ćwiczenia polskich samolotów. Dopiero po powrocie do domu usłyszeliśmy prawdę. Wojna! Niemcy wczesnym rankiem zaatakowali na całym froncie i strzały które słyszeliśmy, to były walki naszych samolotów myśliwskich z atakującymi bombowcami wroga, których sporo zestrzelono.

Oczywiście prasa i radio przedstawiały to jako sukces, ale na miasto spadło wiele bomb. Dla nas na wsi w zasadzie jedynym źródłem informacji było radio, i najróżniejsze plotki np. o zbombardowaniu Berlina, czy cofaniu się armii niemieckiej. Audycje i komunikaty radiowe były przerywane informacjami: "Westerplatte jeszcze się broni!" i tajemniczymi szyframi w rodzaju "Uwaga nadchodzi KO-MA 3". Okazało się potem, że obserwatorzy z dalekich posterunków przekazywali informacje o nadlatujących samolotach, kierunku z których lecą, rodzaju i ilości.

Radio natychmiast puszczało je w eter i nasze myśliwce mogły nabrać wysokości, by przy ataku z góry dysponować przewagą szybkości, ponieważ w locie poziomym, bombowce miały większą prędkość. Przeprowadzone w lecie próby przechwycenia przez myśliwce PZL-11, nowoczesnych bombowców PZL-37 Łoś zakończyły się niepowodzeniem, albowiem Łosie dorównywały lub przewyższały jakością i prędkością bombowce niemieckie. Po wojnie dowiedziałem się, że były propozycje (mjr inż. Suchosa) uzbrojenia w baterię 8 km i opancerzeniu załogi by Łosia przystosować do roli ciężkiego myśliwca.

Skonstruowany przez zespół inż. Jakimiuka nowoczesny samolot myśliwski PZL P-50 Jastrząb, wobec zastosowania silnika o zbyt małej mocy, nie spełniał założeń. Ponieważ mieliśmy tylko jedną wytwórnię silników lotniczych, a druga (w Rzeszowie) była w budowie, koniecznym stał się zakup silników o mocy większej od 1000 KM, co przeciągało się, pozbawiając lotnictwo nowoczesnych myśliwców.

3 września społeczeństwo opanowała euforia radości; Francja i Wielka Brytania wypowiedziały Niemcom wojnę. Teraz już za 2 tygodnie będziemy w Berlinie! Ale wracajmy do Nowodworów w sąsiednim gospodarstwie, w sali szkolnej, zajął kwaterę niewielki oddział wojska. Na skraju łąk na niewielkim wzgórku, przygotowano stanowisko dla karabinu maszynowego, wykopano też okopy łączące. Dowódcą tego oddziału był potężnej postury oficer (nie zapamiętałem stopnia) który zamiast przepisowego pistoletu VIS (polskiej produkcji) miał mały, prawie damski pistolet piątkę, Często jeździł motocyklem Sokół, ledwo mieszcząc się w koszu i kiedyś wrócił z takiego wyjazdu strasznie zdenerwowany.

Według jego wyjaśnień został zaatakowany przez wściekłego psa, do którego strzelał ze swojego pistoleciku, bez widocznego efektu, ale ostatecznie pies może przestraszony strzałami poszedł w swoją stronę, a oficer żywy i zdrowy wrócił do jednostki. Innego dnia, spory tłumek przyprowadził rzekomego szpiega. Szpiegowanie polegało na tym wg świadków, że ów mężczyzna stojąc tyłem do fabryki chemicznej oglądał ją patrząc w lusterko! Wyjaśniło się jednak, że był to nowy strażnik tejże fabryki, ale nie znany jeszcze długoletnim pracownikom. Właśnie szpiedzy to była druga psychoza.

Powołano więc Straż Obywatelską, do której zwerbowano mojego tatę, uzbrojono ich w karabiny, chyba jeszcze z przed pierwszej wojny światowej, bo ojciec dostał krótki karabin o bardzo dziwnej kolbie, który widziałem na obrazku przedstawiającego obronę Lwowa, i tam jedna z młodych dziewczyn celowała z niego do wroga. Straż Obywatelska miała pilnować porządku, nie dopuszczać do rabunków, no i oczywiście wyłapywać szpiegów. Oddział wojskowy, o którym była mowa, wkrótce wyjechał pozostawiając nie obsadzone stanowiska obronne.

Na razie poza obserwowaniem z wysokich drzew coraz bardziej palącej się Warszawy nic się nie działo, aż do 7 września, kiedy w nocy ppłk Umiastowski wezwał warszawiaków do budowy barykad, a wszystkim mężczyznom zdolnym do noszenia broni polecił opuszczać miasto i kierować się na wschód, gdzie organizowana jest nowa linia obrony.

To wezwanie spowodowało liczne tragedie; zatkało drogi na wschód tysiącami mężczyzn, którzy pozostawili własne rodziny na łasce losu w chwili, kiedy pomoc i opieka nad rodziną była najbardziej potrzebna, w wielu wypadkach bez żadnych środków do życia, bo nie wszystkie firmy wypłaciły pracownikom pensje czy zapomogi. Wędrujący zaś drogami byli ostrzeliwani z samolotów, wielu zostało zabitych, rannych, niektórzy zostali aresztowani przez Niemców, inni przez Rosjan i wywiezieni na roboty do Niemiec, lub rosyjskich łagrów.

Tylko niektórym udało się przedostać na zachód i wspomagać rodziny paczkami z PCK. W naszej rodzinie powstał ten sam problem, ojciec chciał iść, przygotował już sobie coś w rodzaju plecaka, natomiast mama kategorycznie się na to nie zgadzała, bała się pozostać z dwojgiem małych jeszcze dzieci, siostra miała 10, a ja 8 lat. Zdołała ojca przekonać, że jako członek Straży Obywatelskiej najbardziej potrzebny jest tutaj w domu i okolicy.

Nie było to pozbawione sensu, bo w okolicy mieszkało dużo kolonistów niemieckich. Cała Kępa Tarchomińska była zamieszkana wyłącznie przez nich, a sporo mieszkało w innych osiedlach i jak się potem okazało, prawie wszyscy młodzi należeli do różnych tajnych organizacji, mających organizować akcje sabotażowe.

Okazało się, że racje miała mama. 7 września rozpoczyna działalność stacja radiowa Warszawa II, przemówienie prezydenta Starzyńskiego o podjęcie normalnych zajęć i apel o powrót do tych, co wyszli z miasta. Przemówienia prezydenta Starzyńskiego, mianowanego Komisarzem Cywilnym przy Dowództwie Obrony Warszawy, wprowadzają uspokojenie, miasto po okresie paniki zaczyna w miarę normalnie egzystować, ale już 8 września czołgi niemieckie uderzają na Ochotę i chociaż zostają ze stratami odparte, triumfalnie ogłaszają przez radio: "Wojska niemieckie wdarły się o godz. 17,15 do Warszawy". Ale żeby zająć Warszawę będą jeszcze musieli ciężko walczyć do 27 września.

14 lub 15 września Niemcy zajmują okoliczne tereny, a my dla odmiany będziemy obserwowali bombardowanie wycofujących się do Warszawy, oddziałów Armii Poznań i Pomorze. Po 22 września odważniejsi przeprawiają się łodziami przez Wisłę i sprowadzają przede wszystkim konie z rozbitych jednostek kawaleryjskich i taborów, oraz różnego rodzaju wyposażenie jak siodła, uprząż, czasami nie rozbite wozy taborowe, a być może i jeszcze inne przedmioty, których już nie pokazywano nikomu.

Oczywiście i tata sprowadził rosłego konia kawaleryjskiego z siodłem, ale po bardziej potrzebną uprząż musiał przeprawiać drugi raz. Zaraz jednak rozpoczęły się problemy; trzeba było część komórki przerobić na stajnie, największym jednak problemem był brak paszy. W ciągu dnia na pobliskich łąkach wypasało się stado koni, inni też sprowadzili. Nie podobało to się właścicielom, którzy paszę potrzebowali dla swojego inwentarza, gorsze były wizyty żołnierzy niemieckich oni zabierali najładniejsze konie.

Nie było to dla Niemców takie proste; konie zbite w ciasne stado galopowały nie dając się łapać, a przecież wieczorem nawet starsze dzieci bez problemu, każdy swojego prowadził do stajni. Kolejna sprawa jak je wykorzystać. W zasadzie Niemcy zajęli nasze tereny bez walk, ale jednak na cmentarzu w Tarchominie przybyło 11 grobów żołnierskich, przeniesionych potem na Powązki. Wprowadzono godzinę policyjną od godz. 19 do 5 rano, godziny te bardzo często się zmieniały w zależności od sytuacji politycznej, pod kara śmierci należy oddawać broń.

Dopiero po kapitulacji Warszawy i do pewnego stopnia unormowaniu się sytuacji, ojciec zaczął jeździć na tzw. szmugiel. Bo to unormowanie nie było żadnym unormowaniem. Najpierw zaczęły krążyć wieści, że tereny po wschodniej stronie Wisły zajmą Rosjanie (zgodnie z tajnym załącznikiem do umowy Mołotow-Ribbentrop z 23 sierpnia 1939 r.) i problem, który z okupantów będzie lepszy? Mama pamiętała Rosjan jeszcze z pierwszej wojny światowej, jako dobrych ludzi, ale po rewolucji to już nie byli ci sami dobrzy ludzie przestrzegali bardziej rozeznani w polityce.

Trudno było zostawić dom który się takim wysiłkiem kupiło, bo o sprzedaży nie było co marzyć, chętnych takich było sporo. A czy za Wisłą znajdzie się jakieś mieszkanie do wynajęcia i to tanio, bo firma w której ojciec pracował, przestała działać, pozostała tylko dyrekcja, a całe zakłady znalazły się w ZSRR.

Na szczęście, ten problem rozwiązali między sobą najlepsi przyjaciele, Mołotow i Ribbentrop 29 września 1939 r. podpisując traktat o granicach i przyjaźni, którego interesująca nas część brzmiała: "... obszar państwa litewskiego wchodzi w strefę wpływów Związku Radzieckiego, podczas gdy z drugiej strony województwo lubelskie i część województwa warszawskiego wchodzi w strefę wpływów Rzeszy Niemieckiej".

27 października 1939 ogłoszenie w Nowym Kurierze Warszawskim proklamacji Hansa Franka o utworzeniu Generalnej Guberni, obszaru składającego się z paru województw odgrodzonego od Rzeszy strzeżonymi granicami, w którym kursowała inna waluta - złoty, ale otwarte były tylko szkoły powszechne i zawodowe, gdzie śmiercią karano lichwiarzy i paskarzy, sprzedaż chleba mogła odbywać się tylko po cenach urzędowych, wyłącznie na karty aprowizacyjne, a rolnicy zmuszani byli do dostarczania określonych kontyngentów zboża, krów i świń (by uniemożliwić oszustwa bydło to było kolczykowane).

Wkrótce nauczono się kolczyki z ucha wyrośniętego zwierzęcia, przenosić na całkiem małe, trzeba było jednak zachować umiar, bo z okupantami nie było żartów, a kary były bardzo surowe.

Na Polaków były urządzane łapanki i wywożenie złapanych do obozów koncentracyjnych lub mających większe szczęście, tylko na roboty do Niemiec. Wydano zarządzenie o natychmiastowej konfiskacie aparatów radiowych. Obawiając się denuncjacji przez sąsiada Niemca, tata oddał aparat radiowy, którym się nie zdążyliśmy nacieszyć. Cały szereg zakładów przemysłowych i usługowych, które nie zostały zniszczone w czasie działań wojennych, zmuszono do pracy dla Niemców za pensje, które nie wystarczało na wyżywienie tylko jednej osoby nawet przez tydzień, nie mówiąc o utrzymaniu rodziny. Inne w ogóle przestały istnieć.

Podstawą utrzymania był handel wszystkim: żywnością, tytoniem, papierosami, nićmi oraz opałem. Z czasem całe rejony zaczęły specjalizować się w produkcji na zaopatrzenie Warszawy, oczywiście nielegalne: Karczew i okolice produkowały mięso i wędliny, Grójec i okolice przetwory zbożowe, inne warzywa, lubelskie tytoń, a okolice obecnej Białołęki po Jabłonnę produkowały bimber. Bimber produkowano z różnego surowca: melasy ale głównie z mąki.

Produkcja wymagała specjalizacji, większość produkowała zwykły o mocy 30-35%, ale specjaliści mieli rektyfikacje i produkowali spirytus, nie do odróżnienia od fabrycznego, również butelkowany. Produkcja bimbru wymagała dużo opału, ale pomimo wszystkiego była bardzo dochodowa i dosyć powszechna. Powodowała jednak skutki ujemne rozpijanie społeczeństwa było to zgodne z działaniem okupanta, który za dostawę niektórych produktów, płacił dodatkowo wódką, Kolejnym problemem związanych z produkcją bimbru było pozbycie się wywaru, stosowano tu różne sposoby; pojono nim krowy, wylewano do różnych dołów, a na Winnicy spuszczano do sporego stawu fabrycznego, w którym pod koniec wojny zamiast wody był wywar.

Musiało minąć wiele lat by nastąpiło samooczyszczenie przez staw przepływał niewielki strumień. Węgiel można było kupić kradziony najczęściej od kolejarzy, ale im za to groziła kara śmierci, stosowana powszechnie i prawie za każde przewinienie. Zima była bardzo mroźna, pieniędzy było mało, więc na opał został ścięty, rosnący na środku placu, piękny dąb, o średnicy ponad 1,3 m. Nie życzę nikomu tak ciężkiej pracy, jaką jest przecinanie ręczną piłą, grubego dębowego pnia na krótsze kawałki, możliwe już do połupania siekierą na jeszcze mniejsze kawałki mieszczące się już w kuchni, lub piecu.

Przecinanie grubego pnia piłą wymagało dwóch osób i niestety, jedną z nich byłem zawsze ja. Ogrzewane powierzchnie zostały ograniczone do minimum, akwarium już się nie zmieściło i wszystkie złote rybki wyginęły. Wiosną złapałem parę karasek i chyba różanki (ale te małe srebrne, mieniące się tęczowo rybki, powszechnie nazywano olszówkami). W akwarium wyglądały wspaniale, jedne srebrne, drugie złote. Wśród karasek jedna wyróżniała się zdecydowanie była bowiem szersza niż dłuższa, nie posiadała ogona, pływała jednak całkiem dobrze, nie ustępując innym. Niestety wkrótce zabrakło czasu na zabawy z rybkami, ważniejsze stały się króliki.

Ojciec korzystając z posiadanego konia pożyczał wóz i jeździł na szmugiel, przewożąc przez granicę ż Rzeszą żywność. Oczywiście trzeba było opłacić strażników i policjantów, a samą granicę przejechać jak najprędzej. Kiedyś po takim wyścigowym przejeździe, z dala od granicy, tata zatrzymał wóz by koń odpoczął, jakaś litościwa gospodyni napoiła spoconego konia zimną wodą i koń zdechł. Z czasem szmugiel zaczął się dzielić, najniższa kategoria przenosiła produkty na własnych plecach, lub gdy odbywało się to na większe odległości, przewożono pociągami, lub kolejkami, ukryte pod ubraniem, lub w teczkach, walizkach, i różnych tobołkach.

Następna kategoria umieszczała produkty w różnych skrytkach, np. w parowozach. Przy takiej współpracy można było jednorazowo przewieść ok. 200 kg. Poważne persony szmuglowały całe wagony, a podobno rekiny tej branży całe pociągi. To już wymagało wielkich łapówek dla odpowiednich funkcjonariuszy administracji okupacyjnej. Jakby było mało nieszczęść, ojciec jako osoba oficjalnie nie pracująca otrzymał wezwanie na wyjazd na roboty do Niemiec.

Oczywiście nie pojechał, ale musiał się ukrywać i praktycznie utrzymanie dzieci spadło na mamę, imała się biedaczka wszystkich robót, byle dzieci nie cierpiały głodu. To był dla nas najgorszy okres okupacji, wyprzedaż wszystkiego co miało większą wartość ale było tego niewiele. Ponieważ mama dorywczo ale jednak pracowała, obowiązek prowadzenia domu spadł na siostrę. Moim obowiązkiem była hodowla królików i codziennie trzeba było pędzić na łąki po worek koniczyny. Na łąkach było zawsze sporo dzieci, zrywające pokarm dla królików albo pasących kozy. Obowiązywała bowiem zasada, każdy musi starać się o jedzenie.

Zawsze musiało zostać sporo wysuszonej koniczyny, aby w razie niepogody nie karmić zwierząt mokrym pokarmem, bo chorowały, a ponadto trochę trzeba było odłożyć, by chów zwierząt przedłużyć do późnej jesieni. Nie muszę dodawać że odbywało się to niezależnie od pójścia do szkoły i odrobienia lekcji. Chowanie królików, kóz, czy nawet prosiaków było powszechne i konieczne, bo kartkowe przydziały żywości nie wystarczały. Chleb nie bardzo nadawał się do jedzenia, ze względu na najróżniejsze dodatki, a każdy rozmówca wymieniał coraz bardziej nieprawdopodobne.

Na jesieni 1939 r. zaprzyjaźniłem się z Leszkiem, którego rodzina musiała wyjechać z Łodzi, tam już była Rzesza, a jego ojciec, naukowiec nie był mile widziany. Dalsza rodzina Leszka pracowała w fabryce chemicznej na Winnicy i początkowo mieszkał z nimi w domu fabrycznym, których było kilka, a zajmowali je pracownicy kierownictwa. Potem przeprowadzili się blisko stacji kolejki, ponieważ jego tata miał w Warszawie jakąś pracę. Do szkoły chodził do starszej klasy, ale był znakomitym kumplem i oprócz hodowli królików, latem wybieraliśmy się na ryby.

Ponieważ połowy na wędkę dawały mizerne efekty. zaś wykonywane przez nas siatki prędko się niszczyły. przeważnie korzystaliśmy z wiklinowych koszy. Można było dobrze ciągnąć po dnie. a przy brzegu tak ustawić aby ryby nie uciekały na boki, lub nad koszem. Połowy te zwykle przeprowadzaliśmy na niewielkich stawkach na łąkach i czasem starczało na 2 obiady, bo dzieliliśmy się sprawiedliwie. Pewnego razu uciąłem sobie czubek wielkiego palca u nogi, prawdopodobnie wrzuconą zbitą butelkę, a wyciągnęliśmy wtedy półmetrowego leszcza.

Pędziłem do domu zostawiając za sobą krwawy ślad i wtedy Leszek zdecydował, że na pociechę ja biorę cała rybę. Od tej pory łowiliśmy ryby w starych butach. Nieraz dla odmiany chodziliśmy łowić ryby na Wiśle, w staro rzeczach lub zatokach, a nawet nauczyliśmy się sami pływać. Był to okres, kiedy jeszcze nie było wału przeciwpowodziowego i Wisła wylewała co najmniej dwa razy do roku.

Pierwszy raz wczesną wiosną podczas spływania lodu, bo pory roku były wtedy prawdziwe; zima zaczynała się w listopadzie i śnieg leżał do wiosny, a lód miał grubość ok. 60 cm. Spływały więc Wisłą duże tafle grubego lodu i prawie co roku tworzyły się zatory pod Rajszewem, a woda wylewała wtedy na łąki tworząc z tych lodowych tafli paru metrowe góry, które topiły się długo, a przy uderzeniu np. kijem rozsypywały się na cienkie rurki. Sporo ludzi czekało na opadnięcie wody, bo w zagłębieniach pozostawały ryby, które skrzętnie wyłapywano.

Chyba w 1940 r. nastąpiło przeniesienie Niemców mieszkających po wschodniej stronie Wisły na tereny poznańskiego i Pomorza, a na ich miejsce sprowadzono Polaków tam mieszkających, którzy nie podpisali list lojalności lub nie chcieli zostać Niemcami różnych kategorii, co wiązało się ze służbą w armii niemieckiej. Wyjeżdżający Niemcy starali się zabrać maksymalnie dużo dobytku, a resztę sprzedać, pozostawiając tylko podstawowe wyposażenie, np. w dużym gospodarstwie 1 krowę. Natomiast przywożeni na osiedlenie tutaj posiadali chyba tylko bagaż ręczny (ale tego nie jestem pewien).

Ciekawa była zabudowa Kępy Tarchomińskiej, w której mieszkali wyłącznie koloniści niemieccy. Domy tworzyły z oborami jeden budynek dzieliła je tylko sień, stały na sztucznie usypanych pagórkach, które jednak wystarczały, aby podczas powodzi nie były zalewane. Drogi i podwórka oraz pastwiska były grodzone płotami z przeplatanych gałęzi wierzbowych i miały za zadanie zatrzymywania żyznego mułu nanoszonego co roku z góry Wisły i tu osadzanego, stąd gleby te były bardzo żyzne, zresztą tak samo jak łąki na których powódź czerwcowa zw. Świętojanką zmuszała właścicieli łąk do skoszenia i zebrania trawy przed powodzią.

Trawy te, przeważnie koniczyna sięgały do pasa i mogła wykarmić stada bydła, podczas gdy ten sam teren obecnie zarastają osty wyższe od człowieka. Gdy tylko wyjechali Niemcy, tata przestał się ukrywać, przez krótki czas jeszcze szmuglował żywność na własnych plecach (kiedyś i ja spróbowałem tych atrakcji, ale okazało się że jestem za słaby) i rozpoczął handlować na bazarze na ul. Ząbkowskiej, naprzeciwko bazaru Różyckiego.

Teraz jest tam boisko szkoły przy ul. Brzeskiej, zbudowanej po wojnie. Handel w okresie okupacji, ale nie tylko, zależał od klientów do których trzeba się było dostosować, powrót do domu ojca, zależał jeszcze od godzin odjazdu kolejki, wobec czego powroty nie miały stałej godziny i powodowały prawie codzienne zdenerwowanie mamy. Wyobrażała sobie zaraz najgorsze z możliwych historii; łapanki, aresztowanie, wypadki komunikacyjne i do powrotu taty, o niczym innym nie myślała.

A życie podczas okupacji dostarczało ciągle nowych atrakcji zajęcie Norwegii i Danii (jednego dnia), Holandii i Belgii, Pokonanie Francji bronionej Linią Maginota i zawarcie z nią rozejmu, pokazały siłę Niemiec. Część społeczeństwa utraciła wiarę w pokonanie Niemców, reszta zdawała sobie sprawę, że wojna będzie długa i krwawa. Zwłaszcza upadek Francji, bardzo niepokoił o formowane tam Wojsko Polskie. Churchill premierem Anglii, Włochy przystępują do wojny.

W kraju początkowo pogłoski o rozstrzeliwaniu w Palmirach, potem potwierdzone informacje. Zarządzenie gubernatora Fischera o utworzeniu w Warszawie getta, powoduje konieczność przemieszczenia się tysięcy ludzi. Żydzi zgromadzeni w zachodniej części Śródmieścia odgrodzeni zostają od reszty trzymetrowym murem, a 25 listopada ostatecznie zamknięci. Opuszczenie getta grozi karą śmierci, a że sytuacja aprowizacyjna jest wielokrotnie gorsza, ludzie umierają z głodu.

W styczniu 1941 r. Niemcy zorganizowali obóz na Skaryszewskiej, skąd złapanych w łapankach Polaków wywożą na roboty do Niemiec. Wreszcie radosna nowina 22 czerwca 1941 r. Niemcy atakują Rosję, swego najwierniejszego sojusznika, który im dostarczał zboże, rudę żelaza i surowce strategiczne, oraz ropę, spowodowało to jednak wzrost cen żywności. Radość jednak szybko topnieje wobec sukcesów wojsk hitlerowskich, Widok kolumn wziętych do niewoli rosyjskich jeńców, wzbudza współczucie.

Koniec 1941 r. przynosi nowe rewelacje, Japończycy atakują Stany Zjednoczone i wypowiadają wojnę Anglii. Niemcy i Włochy wypowiadają wojnę Stanom Zjednoczonym. Włączenie Stanów do wojny upewnia prawie wszystkich, że klęska Niemiec jest pewna i bliska, ale zwycięstwa Japonii na Pacyfiku tę radość gaszą. Kończy się kolejny rok szkolny i znowu. część wakacji spędzam u wujostwa w Górze Kalwarii. Wujek z synem prowadzą zakład ślusarski w pobliżu synagogi zamienionej na niemiecki magazyn. Żydzi zostali wywiezieni do getta.

Cadyk Alter jeszcze chyba we wrześniu wyjechał za granicę. Wypytywany przeze mnie o działania wojenne wujek opowiedział, że ich najcięższe w armii polskiej działa nie wystrzeliły ani razu, cofały się tylko zgodnie z wydawanymi rozkazami na wschód i tam zostały zagarnięte przez Rosjan. Wujkowi wziętemu do niewoli sowieckiej udało się uciec, przypadkiem spotkał tam żonę, bo rodziny starały się trzymać w pobliżu cofającego się pułku, i po różnych przygodach dostali się z powrotem do Góry.

Oczywiście koszary i mieszkanie zajęli Niemcy, ale wujkowi udało się wynająć mieszkanie nad dawnym sklepem, który został zamieniony na warsztat ślusarski, za pożyczone pieniądze kupił podstawowe narzędzia i tak rozpoczął żywot przedsiębiorcy. Syn jego dłużej wędrował zanim szczęśliwie wrócił do domu. Już po wojnie przyznali się do przynależności do AK, ale w szczegóły się nie wdawali.

Dlatego ze zdziwieniem przeczytałem w książce "Wachlarz" Cezarego Chlebowskiego fragment dotyczący wujka (str. 102). Antoni Kończal z kolei dostarczył dwóch dalszych kandydatów zbrojmistrza Stanisława Ziemińskiego Stanisława (który w miejscu swego zamieszkania, Górze Kalwarii, założył rusznikarnię dla bazy III Odcinka). Zamieszczono również fotografię nr 118. Na str. 153 wykaz wg pseudonimów; "Stanisław" Stanisław Ziemiński, rusznikarz w Górze Kalwarii, zmarł po wojnie (Wachlarz: wydzielona organizacja wywiadu i sabotażu, działająca w okresie sierpień 1941 do lutego 1943, na dalekich terenach dawniej polskich, obecnie zajętych przez Niemców.

Podzielona na 5 odcinków ułożonych promieniście. Na cele Wachlarza skierowano połowę Cichociemnych, zrzuconych w tym okresie na terenie Polski, oraz duże środki pieniężne. Cichociemni ochotnicy żołnierze polscy, szkoleni do zadań specjalnych w Anglii, przerzucani do kraju drogą lotniczą. W okresie od 15.II.1941 do 26.XII.1944 skierowano do Kraju 344 skoczków).

W tym warsztacie wykonywałem różne pomocnicze prace, np. przy pobielaniu haków do wieszania mięsa w sklepie rzeźniczym, i nie jest powiedziane, że w przyszłości zdecydowałem się na podobny zawód. Powrót do domu, szkoła i wiadomość, że w pobliskim Bukowie, budowane są baraki i obóz dla jeńców radzieckich. Wśród Rosjan było kilku młodych Polaków i grupa najstarszych dziewcząt z naszej szkoły, korzystając jeszcze z pomocy innych osób, uzyskały zgodę Niemców na ich dożywianie.

Pracę podzieliły w ten sposób, że jedne zbierały żywność, a inne gotowały zupę i chyba nosiły ją do obozu, ale nie trwało to długo. Jeńcy wykorzystani zostali do budowy wału przeciwpowodziowego. Codziennie długa kolumna jeńców, coraz bardziej przypominającą szkielety, szła do pracy. Wieczorem wlekli się do obozu, najbardziej osłabieni byli niesieni na drewnianych platformach z 4 uchwytami. Ponieważ na przejście z obozu do miejsca sypania wału na początku było parę kilometrów, wybudowano baraki na skraju Gorzkowizny, obecnie teren osiedla Grzymalitów. Było to w 1942 r., ponieważ u nas zamieszkał technik, prowadzący jakieś prace przy sypaniu wału i z nim i jego żoną oglądaliśmy późnymi wieczorami bombardowanie przez sowieckie samoloty Warszawy.

Obywało się to w sierpniu i wrześniu, z dużej wysokości, a teren bombardowania oświetlony był specjalnymi rakietami na spadochronach, które świeciły dosyć długo powoli opadając. My nazywaliśmy je lampionami. Bombardowanie powodowało więcej strat wśród ludności cywilnej, albowiem dokonywane z dużej wysokości było niecelne. Po wybudowaniu wału przeciwpowodziowego, Wisła przestała nawozić żyznym mułem łąki, które zmieniono na pola uprawne, ale brakowało dogłębnego nasycenia wodą i plony nie były rewelacyjne.

Ponadto lata były upalne i wierzchnia warstwa dawnego mułu pękała, przerywając korzenie. Mamie przybyły nowe kłopoty siostra skończyła szkołę powszechną, i po uzgodnieniu z rodzicami zapisała się do zawodowej szkoły odzieżowej. Niemcy zabrali na koszary wszystkie duże budynki, zwłaszcza wolnostojące, wobec czego młodzież polska miała zajęcia w różnych przygodnych lokalach, porozrzucanych po całym mieście. A właśnie podczas przejazdu najłatwiej było wpaść na łapankę i siostra wkrótce poznała jak to wygląda, na stacji kolejki w Piekiełku.

Ojciec który jechał tą kolejką, mając dobry refleks, szybko przeskoczył przez jakiś plot, natomiast siostra skuliła się nieprawdopodobnie i jako za młoda na roboty, została wypuszczona. Najgorszy był okres jesienno zimowy, wcześnie robiło się ciemno, a elektrownia bardzo często wyłączała prąd, stąd powszechnie stosowano oświetlenie lampami karbidowymi. Produkowane były przez różne zakłady, o najróżniejszej konstrukcji, ale o jasności lampy decydował dobry palnik, wykonany z ceramiki, o bardzo cienkim otworze. Często jednak trzeba było otworek przepychać jeszcze cieńszym drutem.

Pomimo trudności z oświetleniem z wielkim zapałem czytałem książki. Najbliższa i najlepiej zaopatrzona była czytelnia braci Zawadzkich w Wiśniewie. Czytelnia trochę maskowała tajne komplety gimnazjalne, na które chodził mój przyjaciel Leszek, i w ten sposób trochę przez Leszka, trochę przez innych nawiązałem kontakt z Szarymi Szeregami, bo tak nazwano harcerstwo. Oczywiście z powodu wieku, pomimo, że dodałem 2 lata, zaliczony zostałem do najmłodszych, czyli Zawiszaków, w III zastępie prowadzonym przez dha Grzegorza Pastera ps. Maciek. Uważałem się więc za dorosłego, i bardzo poważnie traktowałem wszelkie szkolenia teoretyczne i terenowe, a przeniesienie meldunku, czy wykonania innego polecenia, jako wyróżnienie.

Dom nasz (obecnie ul. Marcina z Wrocimowic 6) miał dojście jeszcze od krzyża, kawałkiem obecnej ul. Mikołaja Trąby, a dalej ścieżką niewidoczną z innych zabudowań, Ponadto mieszkaliśmy w nim w tym okresie tylko my, więc ojciec na prośbę jednego z kolegów mojej siostry, wyraził zgodę na szkolenia tu grupy konspiracyjnej. Zgodnie z umową, na czas szkolenia, nie opuszczaliśmy mieszkania, a innych konspiratorów wpuszczał tylko ten znany nam Ryszard Kosek, niestety zginął w Kampinosie w 1944 r.

Wcześniej złamał nogę zjeżdżając na sankach z górki fabrycznej zbyt wielu pasażerów wtryniło się na sanki i Rysiek nie zdołał prawidłowo nimi pokierować. Nogę oczywiście włożono w gips, delikwent parę tygodni posiedział w domu nie nudząc się, ze względu na niekończące się odwiedziny koleżanek i kolegów. Wszyscy bowiem chcieli złożyć swój autograf na gipsie, pomimo że zdawano sobie sprawę z tego, że pobazgrany zostanie wyrzucony, łącznie z autografami.

Z gipsem i ja miałem do czynienia, mianowicie siłując się z kolegą, przed upadkiem podparłem się lewą ręką i niestety w łokciu coś chrupnęło i ostro zabolało. Prowadzący prywatną praktykę lekarską dr Chojnowski w Henrykowie, miał dobrze wyposażony gabinet, zrobił prześwietlenie i zdjęcie rentgenowskie wykazało odpryski kości. Był jednak internistą, nie bardzo znał się na złamaniach, ale mamę nastraszył, że odpryski trzeba będzie połączyć złotymi gwoźdźmi i ręka będzie sztywna w łokciu.

Rozpacz mamy była nie do opisania. Następnego dnia pojechaliśmy do Szpitala Dzieciątka Jezus i tam sam ordynator chirurgii, dr Kosiński wreszcie mamę pocieszył, stwierdzając, że nie potrzebne są żadne złote gwoździe, Po prostu rękę się odpowiednio złoży, założy gips i po 4 tygodniach, odpryski powinny się zrosnąć. Ponadto pokazał swoje łokcie mówiąc, że podobne złamania miał obydwu łokci a jest przecież chirurgiem. Musiałem jednak zostać w szpitalu, aby zeszła opuchlizna, następnie złożono rękę dociskając odpryski, gips, sprawdzenie pod rentgenem, i do domu.

Do szkoły chodziłem z ręku w gipsie i na temblaku, wzbudzając powszechne zainteresowanie, Szczęście, że była to lewa ręka, i mogłem normalnie pisać, tak że szpitalna przerwa została prędko nadrobiona.

W razie małych nieporozumień szkolnych osłaniałem się lewą ręką w twardym gipsie, a prawą normalnie wykorzystywałem, wzbudzając tym powszechny szacunek. Nie trwało to długo, zgodnie z zapowiedzią dr Kosińskiego, zdjęto gips i żal mi się zrobił ręki. Była chuda z ograniczonymi ruchami w łokciu i pościeraną skórą od przecinania dużymi nożycami twardego gipsu. Stosunkowo szybko wróciły ruchy ręki, tylko czasami przy podciąganiu następowało bolesne, chyba przeskoczenie ścięgna, a poza tym było dobrze.

Rozpoczęła się kolejna wiosna i tragiczne wiadomości o walkach w getcie. Znowu z wysokich drzew oglądaliśmy pożar miasta, a przy wiatrach wschodnich dolatywały do nas strzępy nadpalonych lub zwęglonych kartek ze spalonych książek. Teraz podstawą wiadomości był konspiracyjny Biuletyn Informacyjny, otrzymywany prawie jak w prenumeracie efekt współpracy z konspiratorami. Podawane były w nim formacje o przeprowadzonych przeciw okupantowi akcjach, likwidacji najbardziej sadystycznych oprawców z Pawiaka, gestapowców, policji kolejowej, kierowników urzędów pracy itp.

W lipcu żałoba narodowa, po wiadomości o śmierci gen. Sikorskiego. W sierpniu żałoba w naszej rodzinie na Wiśle, ucząc się pływać utonęła moja siostra, wraz z dwiema koleżankami. Nauka odbywała się początkowo na płytkiej wodzie, ale trafiły na przykosę, głęboką wodę o stromych brzegach i zaczęły się topić. Pomimo szybko zorganizowanej akcji ratunkowej, i wyciągnięcia ich z wody, długa reanimacja, prowadzona przez pogotowie, które wkrótce przyjechało, nie dała pozytywnych rezultatów.

Potrójny pogrzeb, bo pochowane zostały we wspólnej mogile, zgromadził tłumy uczestników. Potem wiadomość o akcji Góral odbicie 109 mln zł i żarty na temat ogłoszenia przez Niemców nagrody dla świadka akcji zgłasza się król Zygmunt, który z kolumny wszystko dokładnie widział.

Kolejna pomyślna wiadomość, Włochy skapitulowały. Na froncie wschodnim Niemcy również się cofają, ale wymyślili uzasadnienie, skrócenie linii frontu. Humor okupacyjny nieraz wisielczy, pomagał jednak przetrwać grozę okupacyjnych dni, albowiem w październiku Niemcy dla zastraszenia dokonują egzekucji ulicznych. i urządzają łapanki o wyjątkowo wielkim nasileniu. Potem wydają zakaz jazdy kolejami przez Polaków, potrzebna specjalna przepustka.

Handlarze zamiast przepustek stosują łapówki, skutkują również dobrze, ale wpływają na podniesienie cen żywności. Wyraźnie wyczuwa się zmiany sytuacji, w styczniu Nowy Kurier Warszawski ogłasza pouczenie "Co należy robić w razie alarmu lotniczego?" i uzupełnia:" O ekwipunku odzieżowym do schronu pomyśl jako o czymś najważniejszym już dziś." 1 lutego udany zamach na dowódcę SS i policji dystryktu warszawskiego, Franza Kutscherę, odpowiedzialnego za masowe egzekucje uliczne.

W odwecie rozstrzelano w różnych miejscach ponad 300 Polaków. Nie opublikowano listy nazwisk rozstrzelanych, nie podano kogo zlikwidowano, nałożono kontrybucję 100 mln zł, zamknięto na czas nieokreślony wszystkie polskie restauracje w mieście i ustalono godzinę policyjną od 19 do 5. Akcja N dywersja wśród Niemców prowadzona w języku niemieckim, w lutym spowodowała panikę i parudniowy bałagan rozlepiono plakaty po niemiecku z podpisem Koppego, zarządzające ewakuacje Niemców z Generalnej Guberni.

Front wschodni zbliża się szybko, Rosjanie są na terenach Polski. Niemcy wywożą zapasy surowców, maszyny i urządzenia przemysłowe, oraz wszystko, co ma znaczenie dla produkcji wojennej.

W lipcu otrzymałem świadectwo ukończenia szkoły powszechnej, 7 klasowej, do której uczęszczałem od 1.IX.1937 do 4.VII.1944, oczywiście wypisane po polsku i niemiecku, ale o wyjeździe na wakacje nie chciałem nawet myśleć, tym bardziej, że przewidywałem nadmiar atrakcji. Wkrótce zjawił się oddział Węgrów, dowództwo ulokowało się w sąsiednim piętrowym, murowanym domu, parę sąsiednich zajęły niższe szarże oraz zwykli żołnierze. Oddział był zmotoryzowany i dla osłony samochodów, wykorzystując pagórkowaty teren wykopali jakby okopy, osłaniające silniki przed pociskami i odłamkami.

Pod potężnym dębem ulokowano polową kuchnię. Większość Węgrów, zwłaszcza kucharz, byli bardzo sympatyczni, problemem był język, którego nikt nie rozumiał. Na szczęście niektórzy z nich znali niemiecki i w sprawach ważnych można się było dogadać. Było to ważne dla paru młodych ludzi, chcących kupić broń, amunicje i granaty. Bardzo ciekawe były pistolety maszynowe, niestety dosyć duże, obłożone drewnem i z magazynkiem, który można było przygiąć do kolby. Ułatwiało to schowanie pod płaszcz, lub długą marynarkę.

Nie wiem czy te transakcje doszły do skutku, natomiast ja prawie całkowicie przeszedłem na wojskowy wikt. Z początku trochę trudno było się przyzwyczaić do dużej ilości ostrej papryki, dodawanej do wszystkiego. Nawet kluski z makiem miały więcej papryki niż maku, ale co to była za atrakcja! Zupa pomidorowa była za to znakomita. Front zbliżał się coraz bardziej, powodowało to zagęszczenie tyłowych oddziałów frontowych. Wszędzie są jakieś oddziały wroga, i wtedy wybucha powstanie. Próba dostania się do Warszawy, zakończyła się na kanale żerańskim, przygotowywanym przez Niemców na linię obrony. Teren zostaje przecięty szosą, którą bez przerwy jeżdżą różne pojazdy, ostrzeliwujące wszystko co się rusza. Znowu dymy nad Warszawą i kilka sztukasów kursujących na trasie lotnisko-płonące miasto.

2 lub 3 sowieckie myśliwce zlikwidowały by je w ciągu jednego dnia, ale te się nie pokazywały. W nocy nadlatywały Halifaks z zaopatrzeniem, leciały bardzo nisko, bo zrzutowiska były niewielkie, i ponosiły wielkie straty. Węgrzy zaczęli przygotowywać się do przeprawy na drugą stronę Wisły i namawiali rodziców, aby spakować wartościowe rzeczy i jechać z nimi. Ostrzegali nas, że i tak Niemcy nas tu nie zostawią. Rodzice nie mogli się zdecydować i pozostaliśmy.

Odjechali rano, a w południe byli już inni. Gorzej ubrani, niechlujni, ale za to pędzili stado siwych wołów z wielkimi rozłożystymi rogami. Z tymi rozmawiali już inni panowie i to z o wiele lepszym skutkiem, bo wkrótce między sąsiadami rozeszła się wieść, że można tanio kupić wołowinę, z jednym zastrzeżeniem, że nie przyjmują Górali (banknoty 500 zł). Nie wiadomo czemu mówiono, że za Wisłą banknotów tych nie przyjmują, ale w takich warunkach nie było możliwości rozmienienia ich na drobne.

Okazało się to plotką, ale o tym przekonaliśmy się dopiero po przekroczeniu Wisły. Węgrzy z nieco mniejszym stadem również odeszli, a na ich miejsce przyjechały działa szturmowe, z załogami w czarnych mundurach i bardzo nieuprzejmych. Powycinali wiele drzew do maskowania pojazdów i ponadto często się zmieniali. Prędzej niż myśleliśmy, spełniła się przepowiednia Węgrów, przyszli panowie ubrani w mundury z wielkimi blachami, dali godzinę na spakowanie i kazali się wynosić.

Nastąpił podział pracy: mama pakowała rzeczy do zabrania, tato i ja pakowaliśmy pozostałe rzeczy i zakopywaliśmy w ziemi, starając się te miejsca maskować, ale i zapamiętać gdzie co było. Po godzinie zjawili się znowu i dopilnowali opuszczenia terenu... Widok naszej trójki, u postronnego obserwatora wzbudził by litościwy śmiech. Mama w wielkim tobole na plecach miała pierzyny, poduszki, i kapy, Na piersi przywiązane do tobołka wiadro, zawierające wołowinę w ciepłej wodzie, bo właśnie zaczynała gotować rosół, w ręku czajnik, a na tobołek z pościelą narzucone zimowe palto.

Podobnie wyglądaliśmy i my, targaliśmy tylko mniejsze gabarytowo, za to cięższe rzeczy i obowiązkowo zimowe palta i buty. Wkrótce przekonaliśmy się, że mama miała rację, bo do domu wróciliśmy na początku lutego przyszłego roku, kiedy były tęgie mrozy. Przez parę dni nocowaliśmy w krzakach na początku Kępy Tarchomińskiej, i właśnie z tego miejsca obserwowałem przelot, w południe 18 września eskadry 108 amerykańskich Fortec B-17 z 8 Floty powietrznej, na lądowanie których, na rosyjskim lotnisku w Połtawie, Stalin tylko raz wyraził zgodę.

Eskadra leciała wzdłuż Wisły z zachodu na wschód, niezbyt wysoko, w zwartym szyku i w pewnej chwili na niebie pojawiły się setki spadochronów z podwieszonymi zasobnikami. Wszyscy obserwatorzy byli przekonani, że to desant spadochroniarzy. To samo myśleli i Niemcy, rozpoczęli bowiem ostrzeliwanie spadochronów, z wszystkiego co mogło strzelać, nawet ze zwykłych pistoletów.

Wszystkie zasobniki z zaopatrzeniem dla powstania spadły po zachodniej stronie Wisły, ale tylko ok. 30% podjęli powstańcy, resztę Niemcy. Jeden samolot został trafiony pociskiem, dużego kalibru artylerii przeciwlotniczej, w połączenie skrzydeł z kadłubem, bo skrzydła odpadły i tylko kadłub paląc się z jednego końca, wirując powoli opadał na ziemię. Symboliczny grób ośmiu poległych lotników znajduje się we wsi Kiełpin, dwóch członków załogi uratowało się.

Długo w tym miejscu nie koczowaliśmy, bo znowu nas przepędzono. Zatrzymaliśmy się w krzakach na końcu Kępy, ale wieczorem pojawili się Kałmucy sojusznicy Niemców, szukając młodych kobiet. To spowodowało, że przenieśliśmy się do Jabłonny. Nie pamiętam już u kogo zatrzymaliśmy się, ale front znowu się zbliżył. O tym świadczyły niewielkie grupy frontowych żołnierzy, kwaterujących w sąsiednim domu, które wymieniały się, wędrując po wypoczynku na linię frontu i odwrotnie. Tu wreszcie widziałem pościg samolotów myśliwskich, Przeleciały tak szybko, że nie zdążyłem zauważyć, kto kogo goni.

Na pamiątkę został pocisk z działka 20 mm, który przebił deski pustego na szczęście wozu i utkwił w uprzęży. Znowu nas wygonili. Udało nam się upchnąć nasze bagaże na wozie znajomego gospodarza i już asystowaliśmy mu, aż na drugi brzeg Wisły. Tym razem Niemcy pilnowali kolumnę wozów, wózków, i pieszych z tobołkami na plecach, przez las do mostu w Rajszewie, i dalej, aż do Zakładów w Ożarowie, Tu od razu urządzili selekcję: zdatnych do pracy na prawo, na roboty do Niemiec, a na lewo starszych ludzi, kobiety z małymi dziećmi, nie nadającymi się do pracy.

Naszą trójkę w całości zakwalifikowali na roboty, ale dzięki przytomności umysłu ojca, który Niemcowi wytłumaczył, że tylko weźmiemy nasze bagaże z wozu, wmieszaliśmy się do tych "niezdatnych." Nazajutrz, z samego rana popędzono naszą kolumnę dalej, podobno do Pruszkowa. Wykorzystaliśmy zamieszanie spowodowane nalotem sowieckich samolotów i ukryliśmy się w krzakach. Następnie przedostaliśmy się do Płochocina, Tu odpoczywaliśmy kilka dni, a tata zdobywał wieści o możliwości podróży koleją. Okazało się to możliwe i wkrótce pojechaliśmy aż pod Piotrków Trybunalski, do Moszczenicy.

Była to spora osada, uprzemysłowiona, zakłady włókiennicze, cegielnia, młyn. Uciekła tu z Łodzi siostra cioteczna z córkami i mężem, który, będąc specjalistą włókiennictwa zatrudnił się we młynie, a podczas okupacji taka praca była bardzo ceniona, bardziej od tej wyuczonej i wykonywanej poprzednio. Niestety, reszta jej rodziny nie miała takiego szczęścia. Rodzice z młodszą siostrą trafili do Auschwitz, przeżyła tylko siostra, a najmłodszego brata na samym początku okupacji wywieziono na roboty do Niemiec.

Młyn miał napęd wodny, jaz spiętrzał wody małej rzeczki, która dalej płynęła przez duże pastwiska, na których pasło się bydło, owce i wielkie stada gęsi. Właśnie tam zobaczyłem jak wysoko mogą łatać domowe gęsi, a ponieważ było to na jesieni, można było przypuszczać, że szukują się do odlotu do ciepłych krajów. Początkowo bałem się trochę jak gąsiory z wyciągniętymi szyjami, sycząc chciały szczypać nogi, ale i na to były sposoby.

W długie wieczory parę dziewczyn i chłopców zbierało się u kogoś w największej kuchni, bo tylko tam było ciepło i śpiewało pieśni jakich nigdy do tej pory nie słyszałem. Śpiewnik pozbawiony już okładek, pochodził jeszcze chyba z XIX lub początku XX wieku, znali go wszyscy na pamięć, a śpiewane pieśni miały bardzo patriotyczną treść. Chyba w listopadzie dotarł do Moszczenicy jaszcze jeden kuzyn, który obserwował palenie się jego domu, na Żoliborzu, wypełnionego zapasami żywności, ze zlikwidowanego sklepu spożywczego. Potem jeszcze dojechała jego teściowa, która zajęła moje spanie, ja musiałem nocować na wąskim blacie kredensu, i po każdej nocy bolały mnie kości.

Koniec 1944 r. i połowa stycznia następnego, minęła prawie spokojnie, ale Rosjanie sforsowali Wisłę i czołgi ich pomknęły naprzód rozbijając przeszkody na głównych trasach. Resztę zostawiali dla piechoty. W Moszczenicy zatrzymali na krótko swoje ciężkie czołgi KW-2, wypytując o "Giermańca". Tak potężnych do tej pory nie widziałem, ale pojechali, a za nimi jakiś przyczajony, duży, oddział niemiecki zajął skrzyżowanie lokalnych dróg, z szosą na Piotrków.

Wkrótce na nich wpadły 2 samochody sowieckie i błyskawicznie zostały zniszczone. Jeden tylko żołnierz uratował się i po zrzuceniu ciepłych walonek, oraz kożucha, z karabinem w ręku, poza domami zdołał uciec. Wytworzyła się dziwna sytuacja: jedną drogą w kierunku Piotrkowa posuwały się wojska sowieckie, a prawie równoległą zajęły wojska niemieckie, które zostały w nocy zaopatrzone w paliwo i amunicję z samolotów, ale na dzień zamaskowali się, częściowo w lesie.

Nocą Rosjanie zaatakowali, ale była to już chyba sama końcówka sił niemieckich, skrzyżowanie zostało zablokowane rozbitą haubicą dużego kalibru, niektórym pojazdom udało się ją wyminąć. ale pod kuchnią polową zarwał się lód, i tylko kawałek komina wystawał ze stawu. Oczywiście zainteresowało to ojca, nie tyle kuchnia, co dwukołowa przyczepka z zapasami żywności. W długi kij wbito duży, trochę zagięty gwóźdź i tym prymitywnym urządzeniem wyciągnęliśmy dużą puszkę solonego masła, konserwy, wszystko to co miało opakowanie wodoodporne.

Od tej pory widziałem Niemców tylko jako jeńców, natomiast od Rosjan z tyłowych oddziałów, za bimber i słoninę kupił tata pięknego gniadosza, potężnej budowy i wóz. Dowiedzieliśmy się równie, że w Warszawie nie są ważne pieniądze okupacyjne, tylko nowe wypuszczone przez PKWN. Potem okazało się, że wymieniano 500 zł stemplując Kenkartę (dowód okupacyjny). Zaopatrzyliśmy się jeszcze na drogę w paszę dla konia, sporo siana, aby się w nim zagrzebać przed mrozem, trochę żywności i tylko czekaliśmy na ocieplenie, bo mrozy były duże. Wreszcie ruszyliśmy, były to pierwsze dni lutego.

Podróż była z atrakcjami, bo prawie każdego dnia kolejne oddziały wojska chciały nam odebrać konia a, przynajmniej zamienić go na gorszego. Konia broniliśmy wspólnymi siłami. Głównie jadący z nami wujek, bo tylko on potrafił rozmawiać z żołnierzami rosyjskimi ich językiem, używając odpowiedniej terminologii. Staraliśmy robić przerwy na odpoczynek, przy kolumnach amerykańskich ciężarówek wiozących na front zaopatrzenie. Im koń raczej nie był potrzebny.

Byliśmy więc spokojniejsi i wdawaliśmy się w rozmowy. Ponieważ ciężarówki miały na maskach napisy USA, złośliwie pytaliśmy co to znaczy. Prawie zawsze była ta sama odpowiedź: Ubij Sukinsyna Adolfa. Były to dostawy w ramach Leand-Lease (Leand-Lease: ustawa Kongresu Amerykańskiego z 11.III.1941 r. o specjalnej pożyczce dla państw sprzymierzonych.

Długi za mienie stracone, lub zniszczone podlegało umorzeniu). ZSRR otrzymało ok. 11 tys. czołgów, samoloty, działa, a przede wszystkim ok. 400 tys. ciężarówek, od których zależało zaopatrzenie frontu. Więcej kłopotu było z uzyskaniem noclegu, czasami trzeba było sięgnąć po malejący błyskawicznie zapas bimbru.

Dojechaliśmy wreszcie do Warszawy. Spotykaliśmy jeszcze palące się budynki, dziwne to było, bo minęło od wyzwolenia prawie 2 tygodnie. Gruz był usunięty tylko ze środków głównych ulic. Reszta to same ruiny i bez pytania o drogę do mostu na Wiśle, na pewno byśmy nie trafili. Do domu dojechaliśmy późną nocą. Połowa domu zniszczona, w lepszej połowie zamieszkał ostatni lokator. Przespaliśmy się na podłodze i na drugi dzień po długich pertraktacjach, lokator odstąpił nam kuchnie, a sam pozostał w większym pokoju, zresztą było to dosyć sprawiedliwe, bo nas była tylko trójka, a ich było sześcioro.

Nazajutrz przystąpiliśmy do pracy, po pierwsze liczyliśmy na zakopane rzeczy, ale nie pozostało nic. Podobno po przesunięciu się frontu na linię Jabłonna-Legionowo, na te tereny ciągnęły całe kolumny amatorów cudzej własności, zaopatrzeni wszyscy byli w długie sztywne druty, którymi wyszukiwali zakopane rzeczy. Wobec powyższego zajęliśmy się remontem dachu. Kiepski to był remont bo brakowało wszystkiego, gwoździ, młotka, obcęgów, a przede wszystkim desek i papy.

W deski zaopatrzyliśmy się w sąsiednim, wysadzonym w powietrze murowanym, piętrowym domu. W zrujnowanych komórkach znaleźliśmy młotek, obcęgi i ręczną piłę. Widocznie wg szabrowników narzędzia nie miały wielkiej wartości, a były ciężkie. Z desek powyciągało się gwoździe, sprostowało i wielka dziura w dachu została załatana. Bardziej zniszczony większy pokój przeznaczyliśmy na stajnie. Koń zamiast żłobu, jadał na okrągłym dębowym stole, przy którym po rozsunięciu mogło ucztować 16 osób. Zresztą do stołu bardzo był przywiązany, przy pomocy łańcucha.

O wiele trudniej było z kolejnymi naprawami np. szkłem do okien, ale powoli przynajmniej część domu, zaczęła go przypominać. W międzyczasie lokator uzyskał zgodę na zajęcie domu poniemieckiego. Również Poznaniacy wrócili do swoich gospodarstw, z których ich wyrzucili Niemcy, i opuszczone tutaj gospodarstwa, o ile nie były zniszczone, można było za zgoda władz zajmować. Ten pierwszy okres po powrocie był bardzo niebezpieczny zwłaszcza dla chłopców, ponieważ po walkach, pozostało dużo okopów, bunkrów w których można było znaleźć amunicję różnych kalibrów, granaty, pociski moździerzowe, miny, pociski przeciwpancerne, oraz nawet broń.

Najniebezpieczniejsze były niewybuchy granatów, z których wykręcano zapalniki, naciągano ponownie iglice i próbowano detonować. Właśnie przy naciąganiu iglic kilku chłopców odniosło rany twarzy i rąk. Niektórzy mieli mniej szczęścia, bo zginęli przy odpalaniu tzw. pięści przeciwpancernej, opierając je o brzuch. Pozostali nauczyli się wykorzystywać materiały wybuchowe, bez szkody dla zdrowia, np. kostki trotylu z min przeciwpiechotnych dobrze paliły się w kuchni, tylko strasznie kopciły. Krążkami ładunków dodatkowych z pocisków moździerzowych szybko rozpalano ogień, jednym słowem materiały wojenne sprawdzały się i w pokojowym zastosowaniu.

Rodzice pamiętali również o tym, że ukończyłem szkołę powszechną, a że do Warszawy dojeżdżało się furmankami co trwało bardzo długo, albo samochodami na tzw. łebka. zostałem zapisany do pierwszej klasy gimnazjum ogólnokształcącego, które zorganizowali i prowadzili bracia Zawadzcy, w szkole w Piekiełku. Normalnie dojeżdżałem rowerem, ale w niepogodę można było dojść piechotą, tym bardziej, że wędrowała koleżanka Stasia B.

Nauka rozpoczęła się chyba pod koniec marca i do 26 lipca 1945 r., przerobiliśmy program klasy pierwszej, potwierdzony świadectwem przejścia do klasy drugiej, a były to "Komplety gimnazjalne im Romualda Traugutta, przy szkole powszechnej w Piekiełku koło Warszawy." Komplety te miały trzy lub cztery klasy, bo była to kontynuacja tajnych kompletów prowadzonych podczas okupacji. Najliczniejsza była oczywiście klasa pierwsza. Były to jedyne komplety na poziomie szkoły średniej, na tym terenie.

Tajne nauczanie prowadzone było w czasie okupacji jeszcze tylko w Legionowie. Zanim jeszcze uruchomiono kolejkę dojazdową, PUS (Państwowy Urząd Samochodowy), na stosunkowo krótki okres, na trasie kolejki wypuścił ciężarówki International. Wchodziło się do nich po drabince zamontowanej na stałe, w środku były ławki, a raczej deski, zamocowane poprzecznie i żeby przejść do przodu, trzeba było przez nie przeskakiwać. Sąsiadka opowiedziała mamie zdarzenie którego była świadkiem, a dotyczyło księdza Zdebskiego, proboszcza w Tarchominie.

Już w podeszłym wieku, chudy, niski z ledwością wdrapał się po drabinie i usiadł na pierwszym wolnym miejscu, przypadkiem koło dwóch świeżo promowanych oficerów politycznych. Ci zaczęli podkpiwać a kiedy padło stwierdzenie "na co przyszło księżulku, przed wojną to byście jechali parokonną bryczką, powożoną przez stangreta, a teraz trzeba gnieść się z pospólstwem". Ksiądz spokojnie odpowiedział "tak było, ale teraz stangretów w wojsku porobiono porucznikami i nie ma komu powozić" i kpiny się skończyły.

O opanowaniu księdza sam się przekonałem, kiedy jako ministrant małego wzrostu, zawadziłem podstawą mszału o ołtarz, mszał spadł na stopnie ołtarza, a zakładki powypadały. Długo trwało zanim kapłan to uporządkował, ale po skończonej Mszy św. nie wspomniał o incydencie. To jednak zakończyło moją karierę ministranta.

Ojciec sprzedał konia i wóz i rozpoczął handlować na bazarze przy ul. Stalowej na Pradze, a później wrócił na bazar przy ul. Ząbkowskiej, naprzeciwko Różyckiego. I znowu mama miała powód do zmartwienia, kiedy ojciec wracał o różnych porach. A zarobki były niewielkie. Poważnie zacząłem zastanawiać się nad dalszą nauką, kontynuacja nauki w szkołach ogólnokształcących powinna zakończyć się studiami, czyli ok. 10 lat zanim zacznę zarabiać, a nie było żadnej pewności, że przez tyle lat rodzice będą mogli mnie utrzymywać. Zdecydowałem się więc, na naukę w szkole zawodowej.

Było to Miejskie Gimnazjum Mechaniczne na ul. Targowej 86, najstarsza na Pradze szkoła zawodowa 1917 r. o dziwnej nazwie: Królewsko-Polska Rzemieślnicza Szkoła, a mieściła się początkowo w budynku 4 klasowej Szkoły Miejskiej przy ul. Wójcika, obecnie ks. Kłopotowskiego 5. Wielokrotnie zmieniała nazwę i adres. W 1937 r. otrzymała nazwę Państwowe Gimnazjum Mechaniczne i nowoczesny budynek przystosowany do szkoły tego typu, miał sale lekcyjne, kreślarnię, warsztaty ślusarskie i mechaniczne i dużą salę gimnastyczną.

Ponadto duży teren zw. Kozaki, dawny plac ćwiczeń pułku kozackiego, który przez wiele lat przerabialiśmy na stadion sportowy, oczywiście wykorzystując na to lekcje gimnastyki. Budynek był chyba pierwszym, wyremontowanym po wojnie budynkiem szkolnym. Kandydatów było mnóstwo i nawet po egzaminach wstępnych pierwszych klas było 7. Uczniowie w różnym wieku, niektórzy już dobrze przerośnięci, pod wąsem, a obok niego szkrab sięgający mu do ramion. Ubrani byli bardzo różnie, raczej biednie i tylko nieliczni zadawali szyku mając angielskie lub amerykańskie mundury. Jednym się nie różnili, wszyscy uczniowie klas pierwszych mieli włosy obcięte na jeża, drugoklasiści na 2 cm, dopiero następne klasy mogły mieć 5 cm.

Nauczyciele składali się w zasadzie z dwóch grup, w pierwszej znakomici przedwojenni pedagodzy, w drugiej raczej młodzi, którzy w szkole zaczepili się aby doczekać unormowania sytuacji i o nich wkrótce usłyszeliśmy, że chemik Władysław Parczewski został zastępca dyrektora Państwowego Instytutu Meteorologicznego, polonista Michał Kucharski zresztą kompozytor hymnu szkolnego, prowadził w radio koncert życzeń, nauczyciel rysunku odręcznego Edmund Burke, mój wychowawca, został profesorem Akademii Sztuk Pięknych, Wcześniej projektował sgrafitta na budynkach Starego Miasta, a jako pierwszy został ozdobiony budynek naszej szkoły (front i stołówka).

Karność panowała jak w wojsku, a dyrektora bali się wszyscy, bez wyjątku. I ten surowy dyrektor, często dostarczał nam dużo radości. Był bowiem miłośnikiem motoryzacji i właścicielem kabrioletu BMW 326 co w 1945 r. było raczej nie spotykane. Niestety, samochód miał dwie wady, często się psuł, a poza tym nie posiadał dachu. W tej sytuacji dyrektor zabierał woźnego do pilnowania samochodu, kiedy sam załatwiał sprawy w różnych urzędach. Samochód stał w hali warsztatowej i ceremonię wyjazdu oglądała zawsze spora grupa uczniów.

Pierwszy wsiadał dyrektor, mały, chudy, w brązowej skórze i zajmował miejsce przy kierownicy, potem miejsce obok kierowcy zajmowała pani Z, sekretarka o bujnych kształtach i wreszcie powoli, z godnością schodził woźny pan M. Okazały, ubrany w czarny melonik, biały jedwabny szalik, czarną jesionkę, zw. dyplomatką i zajmował podwójne miejsce z tyłu. Samochód ruszał z piskiem opon i również z piskiem opon następowało hamowanie, pod warunkiem, że samochód wrócił o własnych siłach.

Kiedy nie wrócił, wysyłana była duża grupa ochotników, aby samochód dopchnąć do szkoły. Chłopcy zawsze prosili woźnego, żeby pozostał w środku, najmniejszy siadał za kierownicą i taka kawalkada ciągnęła najważniejszymi ulicami Pragi wzbudzając wesołość przechodniów. Kiedyś jednak jakiś złośliwy, przed powrotem dyrektora, polał podłogę w miejscach hamowania kół oliwą i dyrektor zatrzymał się w wypożyczalni narzędzi, Cały bagażnik wymagał wyklepania blach, ale od tej pory woźny wsiadał i wysiadał z samochodu przed szkołą.

W szkole było wesoło, tylko codziennie było 8 godzin lekcji, 4 godziny teorii i 4 godziny warsztatów, na przemian, z długa przerwą w południe na zjedzenie obiadu w stołówce, lub przyniesionego śniadania. Teoria, to były przedmioty ogólnokształcące i zawodowe, Ponieważ nie uczyłem się przedmiotów zawodowych na kompletach gimnazjalnych, dlatego nie przyjęto mnie do II klasy. Warsztaty były zróżnicowane, po pierwsze podział na klasy tokarskie i ślusarskie, do których ja trafiłem. W pierwszej klasie zaczynało się od ręcznej obróbki metali, potem kolejno poznawaliśmy spawanie, kowalstwo, obróbkę mechaniczną to jest toczenie, struganie, szlifowanie, frezowanie.

Na tokarkach był tłok, bo jednocześnie na tej samej tokarce był uczeń z klasy 4, drugi z klasy 3 i ja z klasy 2. Oczywiście nie mogłem nigdy dłużej popracować, wobec tego schowany za tokarką czytałem książki i w ten sposób zostałem rekordzistą w szkolnej bibliotece. Najdłużej starałem się pozostać na kuźni. Instruktorem był tu starszy, (ok. 60 lat) kowal pracujący jeszcze w zakładach Putiłowskich w Petersburgu. Niski, krępy z twarzą amarantową, kontrastującą z białymi włosami i dosyć długimi wąsami podkręconymi do góry.

Był artystą w swoim fachu; piękne kraty, balustrady, kwiaty, nawet róże zdobiące pomieszczenia szkoły, to były jego wyrobu. Dziadek, bo tak zwaliśmy instruktora, podobno potrafił zamknąć wieczko koperty zegarka kieszonkowego na młocie sprężynowym. Zakład, wcześniej opity spowodował, że z zegarka zrobił się plasterek metalu i tylko często powtarzana legenda.

Godziny przyjazdu i odjazdu kolejki nie były do tych godzin dostosowane, wobec czego, rano przejeżdżaliśmy zbyt wcześnie i w drodze do szkoły wstępowaliśmy po mentolowe cukierki, natomiast po południu kwitło życie towarzyskie, bo i dziewczęta były w identycznej sytuacji. Dodać jeszcze należy, że przedział wagonu kolejki oświetlony był tylko jedną lampką naftową, często gasnącą od podmuchów powietrza. Stopniowo tworzyły się grupki znajomych, stale zajmujące miejsca w tych samych wagonach, można więc było wybierać z kim chciało się wracać.

W 1946 r. w Gimnazjum Władysława IV urządzono teoretyczny kurs szybowcowy, na który zgłosiliśmy się małą grupą. Kurs zakończony egzaminami zdaliśmy śpiewająco, gorzej było z badaniami lekarskimi w Centralnym Instytucie Badań Lotniczo Lekarskich. Pomimo dobrego zdrowia, zostałem odrzucony, bo byłem o 1 cm za niski. Miałem tylko 149 cm wzrostu, a komisja była bezwzględna. Uparłem się niesamowicie i już w następnym roku mierzyłem 155 cm, Ponieważ nie było kursu szybowcowego, poszedłem na kurs spadochronowy.

Zorganizowany w naszej szkole, założyliśmy bowiem koło Ligi Lotniczej, słusznie przewidując ułatwienia w niektórych przypadkach. W Parku Praskim była wieża spadochronowa zbudowana przed wojną, ale niepełnosprawna. Pojechaliśmy więc na ten pierwszy etap skoków do Kielc. Skoki z wieży mają wyrobić trochę odwagi, skok z 20 metrowej wieży, nawet z rozpiętym spadochronem, nie należy do rzeczy łatwych, ale najważniejsze było opanowanie prawidłowego lądowania, chodzi o ustawienie stóp i uelastycznienie ciała.

Następnym etapem były już skoki ze spadochronem, na Gocławiu, kiedy zamiast osiedla, było jeszcze lotnisko sportowe, a nawet wg planów przedwojennych tu miano przenieść lotnisko cywilne. Bo na Okęciu zgromadzono zbyt dużo instytucji związanych z lotnictwem: lotnisko wojskowe, lotnisko cywilne, Polskie Zakłady Lotnicze Wytwórnia Płatowców nr 1, Polskie Zakłady Lotnicze Wytwórnia Silników nr 1 i Lotnicze Warsztaty Doświadczalne, produkujące znakomite samoloty sportowe RWD.

Skoki odbywały się więc na Gocławiu, a skakaliśmy z samolotów dwuosobowych, dwupłatowych PO-2, popularnie nazywanych Kukuruźnikami Skok z tego samolotu wymagał sporej odwagi, bo wykonywało się go indywidualnie. Pilot siedział w drugiej kabinie, skoczek w pierwszej z której musiał wyjść, przesunąć się do kabiny pilota, podać mu tasiemkę automatu do rezerwowego otwierania spadochronu, poczekać na komendę: skacz! i skoczyć. Wszystkie te czynności dostarczały mnóstwo atrakcji, ale najmniej przyjemnym był długi czas wznoszenia się tego prymitywnego samolotu na odpowiedni pułap, przeważnie 1000-1200 metrów.

Myśli jakie wtedy przychodziły do głowy, nie były wesołe, przewidywały sytuacje raczej tragiczne np. spadochron nie otworzył się, zaplątały się linki efektem czego, było jak żartowaliśmy na ziemi, wlewanie zwłok przez lejek do trumny. I mili czytelnicy, jeżeli ktoś był w podobnej sytuacji, a twierdzi, że się nie bał, to nie wierzcie mu, łże bowiem jak pies. Na pewno nie bez wpływu, na powyższe myśli, była konieczność podpisania przez rodziców oświadczenia, że w razie wypadku nie będą domagać się odszkodowania.

Mama oczywiście odmówiła, ale tata dal się przekonać, że to tylko biurokratyczny wymóg. W górze, kiedy trzeba było wykonywać wymienione już czynności, zapomniało się o strachu, dopiero kiedy stało się na zewnątrz kabiny, ogon samolotu podrygiwał dziwnie, a przed nami była wielka pustka, chciało się szybko wrócić do kabiny. I tylko głupia myśl, że koledzy będą kpić ze mnie spowodowała, że skoczyłem w dół. Przepisowe odliczanie121, 122, 123 było słychać na ziemi, szarpnięcie za uchwyt, boczki pokrowca poleciały na boki, pilocik rozwinął czaszę, która wypełniła się powietrzem, silne szarpnięcie i wielkie uczucie ulgi, kiedy wisiało się pod otwartym spadochronem.

To była chwila, dla której powtarzało się następne skoki. Z początku wszystko na ziemi było małe, ale wkrótce, to co było pod nami szybko się powiększało, a reszta dziwnie uciekała na boki, i już przygotowanie do lądowania, nogi razem, a ponieważ pod spadochronem trochę się bujało, wtedy nogi wędrowały do przodu, lub pod siebie, aby zamortyzować zderzenie z ziemią. Ja w dalszym ciągu nie należałem ani do wysokich, ani ciężkich, wobec tego z lądowaniem nie było problemów, za to po zdjęciu uprzęży i zwinięciu spadochronu do dużej torby, zabrakło noża do odcięcia linek spadochronu w razie, gdyby w głównym spadochronie się splątały, lub nie rozwinęła prawidłowo czasza.

Nóż, sierpak ogrodniczy w tamtych czasach był trudny do zdobycia i od tej pory były przywiązywane cienką linką. Dzień ten, 13 październik, był pechowy, bo każdy miał jakieś zdarzenie: ja zgubiłem nóż, Wieśkowi linka spadochronu przytarła czoło, Stasio, największe chłopisko, przy lądowaniu skręcił nogę, ale zdecydowanie największego pecha miał Waldek, późniejszy pułkownik lotnictwa, bo wylądował w środku kanału melioracyjnego. Kanał nie był głęboki, woda sięgała mu do ramion, za to nogi powyżej kolan były wbite w muł i nieborak nie był w stanie o własnych siłach wyjść z tego bagienka.

Na dodatek czasza spadochronu spadła na drugi brzeg. Musieliśmy z kolegą pobiec ok. kilometra do mostku i zaczęliśmy ściągać czaszę. Problem powstał trochę dziwny, wbite w muł nogi nie pozwalały mu się ruszyć, a ciągnięcie za czaszę, zanurzało nieszczęśnika w wodę. W tej sytuacji dobrze uchwyciliśmy czaszę, kazaliśmy Waldkowi nabrać powietrza, aby silnym szarpnięciem wyciągnąć nogi z mułu. Dzięki temu, trochę przytopionego wyciągnęliśmy na brzeg. W międzyczasie kierownictwo podjechało samochodem i zabrali zsiniałego z zimna, do kapliczki na rozgrzewkę.

Następne skoki, a każdy miał trzy, odbyły się bez problemów. Wróćmy jednak do domu, czyli do Dąbrówki. W owym czasie nie było prawie żadnych rozrywek. O telewizji tylko słyszeliśmy, radio z szabru z Ziem Zachodnich posiadali tylko niektórzy, do kina trzeba było jechać do Warszawy a bilet wystać w długich kolejkach... Kilku kolegów postanowiło powołać Ludowy Zespół Sportowy. Na początek sekcja piłki nożnej i siatkówki. Najważniejsze było zebranie grupy młodzieży chętnych do działania nie tylko w sporcie.

Dzięki pomocy finansowej a zwłaszcza materiałowej, pana Aberbacha, udało się w budynku państwa Wiśniewskich wyremontować dawną klasę szkolną, a nawet zbudować małą scenę. Umożliwiło to organizowania przedstawień amatorskich, na których zawsze był komplet widzów, a ponadto organizowanie potańcówek przy muzyce z płyt, na których też zawsze był komplet chętnych, bo potańczyć można było dopiero w Jabłonnie, w remizie strażackiej. W ten sposób grupa zapaleńców zorganizowała zajęcia, nie tylko dla młodzieży, starsi kibicowali piłkarzom.

Żeby się młodzież nie nudziła podczas wakacji, w marcu 1948 powstała obowiązkowa organizacja Służba Polsce, której hufce były używane do różnych prac np. odgruzowanie miast, proste a ciężkie prace na różnych budowach, naprawa rowów melioracyjnych i tym podobne zajęcia. Z czasem młodzież ze wsi zdobywała różne kwalifikacje i zaczynali normalną pracę, zwłaszcza na dużych budowach socjalizmu.

Szkolne Koło Ligi Lotniczej umożliwiało nam w ramach Służby Polsce wyjazdy na darmowe szkolenie lotnicze na szybowiska. Mnie udało się wyjechać na podstawowe szkolenie, do Szkoły Szybowcowej w Lisich Kątach pod Grudziądzem. Naukę latania zaczynało się od chwiejnicy, czyli na specjalnym trójnogu podwieszony szybowiec pochylany był w różne strony, a kandydat na pilota uczył się prawidłowo reagować sterami. Stery składały się z orczyka nadającego kierunek lotu nogami i drążka, przy pomocy którego ręcznie, kierowało się sterem wysokości i lotkami powodującymi przechył na lewe lub prawe skrzydło.

Następnym etapem były krótkie, proste loty z niewielkich wzgórz, a prędkość nadawało się naciągając gumowe liny. I wreszcie loty z wykonywanie skrętów, a wysokość nabierało się przy pomocy wyciągarki, urządzenia napędzającego bęben, na który nawijała się stalowa lina przyczepiona do specjalnego uchwytu szybowca, pilot po nabraniu wysokości 200-300 metrów mógł się wyczepić. Początkowe loty odbywały się na bardzo prostych szybowcach, ot trochę drewna, skrzydła pokryte płótnem, a wszystko połączone drutami, pilot był przypięty pasami do niczym nieosłoniętego siedzenia.

Była to indywidualna metoda nauki latania, stosunkowo tania, a ponadto nie było strachu przed pierwszym samodzielnym lotem, przy szkoleniu z instruktorem na dwusterze, czyli lotach na szybowcach kabinowych wyciąganych w gorę za samolotami. Zakończeniem tego podstawowego szkolenia były loty szybowcem kabinowym Jerzyk. Było się więc osłoniętym kabiną, co trochę ograniczało pole widzenia, łatało szybciej i łatwiej było lądować, bo były hamulce aerodynamiczne.

Kiedyś instruktor chcąc bardziej nas zmobilizować przy lądowaniu na cel, położył swoją koszulę, było to lekkomyślne bo każdy miał za punkt honoru dotknąć płozą koszuli, chociaż lądował 30 metrów dalej. Łatwo sobie wyobrazić jak po tym eksperymencie wyglądała koszula. Dobre szybko się kończy, powrót do domu, koniec wakacji i znów do szkoły. Ojciec zaczął pracować w Beton-Stalu, jako pracownik fizyczny i sytuacja materialna poprawiła się nieco, a ponadto zrealizował swoje marzenie, zorganizował z innymi zapaleńcami koło łowieckie i uzyskał pozwolenie na broń myśliwską. Zaraz kupił dubeltówkę, następnie koło wydzierżawiło tereny łowieckie i zaczęto polowania.

Najgrubszą zwierzyną jaką udało się raz upolować był lis, normalnie łupem myśliwych były zające, kuropatwy i kaczki. Nieraz byłem zabierany na takie wyjazdy, a efekty nie były najgorsze. Normalnie pod koniec polowania rozgrzewano się z zabranych przezornie piersiówek, ale w wyjątkowo zimny dzień, rozgrzewka odbyła się wcześniej i wtedy przekonałem się że alkohol zwalnia refleks, ponieważ po nim były same pudła i do tej pory o tym pamiętam.

O naszych sportowcach pisała prasa, chłopcy robili postępy, ale z drużyną przy Zakładach Tarchomińskich wygrać było trudno. Skończyła się zabawa w teatr amatorski, tylko potańcówki cieszyły się niezmiennie dużym powodzeniem. W gimnazjum zmienił się dyrektor, pozmieniali się trochę profesorzy, a po zatem bez zmian. Nowy rok szkolny zmusił do większego wysiłku, była to już czwarta klasa, ostatni rok gimnazjum, czyli Mała Matura i egzamin czeladniczy. Egzamin czeladniczy trwał 5 dni, bo w tym czasie pod okiem komisji z Izby Rzemieślniczej wykonać trzeba było np. zasuwę zapadkową, rurochwyt, czy inne wyroby, które potem sprzedawano.

Niektórzy na tym kończyli edukację, rozpoczynając pracę jako fachowcy. Ja tez miałem zamiar rozpocząć pracę, ale dopiero po wakacjach, bo udało się załatwić wyjazd na szybowisko, do Tęgoborza, Napisałem podanie o przyjęcie mnie na wieczorówkę, dołączyłem wymagane załączniki i w drogę. Miałem jednak pecha, bo zaniedbany ząb spowodował jednostronną opuchliznę twarzy, na dzień przed wyjazdem i dentysta nie chciał go w tym stanie wyrwać.

Opuchlizna miała ustąpić po płukaniu nadmanganianem potasu, cieczą koloru denaturatu. Kiedy w pociągu, wychodziłem z przedziału co pół godziny z butelką pod pachą płukać jamę ustną, po powrocie widziałem wyraźnie na twarzach sąsiadów politowanie: taki młody a już się zaprawia denaturatem! Płukanie pomogło i po wyleczeniu miałem go jeszcze ze 30 lat. W Tęgoborzu była wyższa szkoła latania, mianowicie na tzw. żaglu. Wykorzystywano tu wiatr, który opływając długie wzgórza tworzył prądy wstępujące i latać wzdłuż wzgórza można było długo.

Niestety loty na żaglu, można było wykonywać tylko przy wiatrach południowych, ze względu na usytuowanie lądowiska, po południowej stronie wzgórza. Lądowisko, to był mały trójkątny kawałek łąki, a podchodziło się do lądowania znad młodego sadu, rosnącego na małym podwyższeniu. Starty odbywały się prawie ze szczytu wzgórza, szybkość nadawało się przez naciąganie gumowych lin. Po starcie, dokonywało się skrętu w lewo, lub prawo, leciało wzdłuż wzgórza, zawracało i po doleceniu do drugiego końca zawracało, aż do utraty wysokości. Wtedy należało stopniowo odsunąć się od wzgórza i znad tego młodego sadu podejść na lądowisko i wylądować.

Bardzo trzeba było uważać na wysokość, bo dwóch którzy się zagapili, rozbiło szybowce zaczepiając skrzydłami o drzewka. Na szczęcie pilotom nic się poza strachem nie stało. Po wylądowaniu zaczynał się najmniej przyjemny etap; ładowało się szybowiec na specjalny wózek przykręcając mocno za płozę, wózek doczepiało do linki, przekazywało sygnał że wciągarka może zacząć ciągnąć, nawijając linkę na bęben. Ekipa transportowa składała się z trzech; kierującego wózkiem, pilota podtrzymującego szybowiec za skrzydło i trzeciego, który podtrzymywał ogon.

Po wciągnięciu szybowca na górę (ok. 600 m) ustawiało się go na pozycji startowej, ogon zaczepiało się specjalnym uchwytem, do zamocowanego w ziemi haka, pilot zajmował miejsce i przypinał się pasami, zaczepiano liny gumowe, 4 chłopców do każdej liny i na sygnał zaczynali biec naciągając linę, gdy były dobrze napięte, następował rozkaz puść! dyżurny od ogona zwalniał zaczep i szybowiec wyskakiwał do przodu. Gdy tylko przyjechaliśmy wiał dobry południowy wiatr, ale instruktorzy w trosce o sprzęt i życie pilotów wypuszczali na loty tylko tych, którzy szkolili się tu w zeszłym roku i znali ich umiejętności.

Pomimo że siedziałem tam 7 tygodni, wiatr południowy już się nie powtórzył i nie zaliczyłem żadnego długiego lotu. Koledzy którzy zostali w Warszawie, słali listy o terminie egzaminów, ale się tym nie przejmowałem. Otrzymałem zaświadczenie z poważnymi pieczęciami i okresem szkolenia i po powrocie do domu, zgłosiłem się z tym do szkoły. Inspektor Pędkowski nie chciał słyszeć o szkole wieczorowej i dał mi ultimatum: albo dzienna, albo wcale. Zgodziłem się więc na dzienną, a inspektor zaczyna egzaminować.

Nie pomagają żadne tłumaczenia, że przecież przyjechałem dopiero wczoraj i w głowie mam idealną pustkę, odpowiadałem z miernym skutkiem na zadawane pytania i wreszcie profesor dał mi spokój, wpisał do dziennika i kazał iść na lekcję. Na szczęście były to warsztaty i kolega który zatrudnił się w wypożfyczalni narzędzi, powiedział, że jestem przecież zapisany na wieczorówkę. Pomknąłem do domu poinformować, że wrócę raczej późno i zgłosiłem się do opiekuna klasy, z zaświadczeniem o przebytym szkoleniu.

Opiekun klasy, bo w wieczorowym liceum nie było już wychowawców, potraktował usprawiedliwienie poważnie i w ten sposób zacząłem naukę wieczorową, w Państwowym Liceum Mechanicznym dla pracujących, które mieściło się w tym samym budynku. Chętnych do nauki było więcej jak miejsc w ławkach, wobec tego przez dwa tygodnie siedziałem na parapecie ostatniego okna, a potem już zaczęło się rozluźniać. Do grudnia pozostała już tylko połowa chętnych, rozpiętość wieku była duża, od 17-latka do 50-paruletniego ojca rodziny.

Szkoła, ma jednak to do siebie, że bez względu na wiek wszyscy zachowują się jak uczniowie. No może z małymi wyjątkami, kiedy opiekunowi usprawiedliwialiśmy nieobecność Józia braniem ślubu. Po 2 tygodniach Józia znowu nie ma, ma tym razem chrzciny, Opiekun poważnie stwierdza, że tylko raz udały mu się takie szybkościowe chrzciny, a następne będą już w normalnym czasie.

Z Józiem mieliśmy wcześniej dużo radości, jeszcze w gimnazjum, był bowiem sekretarzem ZWM (Związek Walki Młodych, początkowo konspiracyjna organizacja młodzieżowa, powstała w styczniu 1943, ściśle współpracująca z PPR. 22.VII.1948 w wyniku zjednoczenia ruchu młodzieżowego powstał Związek Młodzieży Polskiej), i był wykładany przedmiot "Zagadnienia o Polsce i Świecie Współczesnym". Wykładowca, zwany powszechnie Mojżeszem, gnębił młodych ludzi, zmuszając ich do dobrej znajomości zagadnień politycznych ówczesnego okresu. Józio sekretarz, pytany, średnio orientował się w zagadnieniach, ale odpowiedź zawsze zaczynał od jakiegoś cytatu Lenina w rodzaju: "Lenin powiedział: nie można do socjalizmu jechać jedną nogą na chłopskim wozie, a drugą na lokomotywie ".

Nam cytaty Lenina były obojętne, natomiast widzieliśmy wyraźnie, że profesor czuł się niewyraźnie, domyślał się, że w wielu wypadkach Józio, wg obecnych określeń robi go w konia, Ale jak mu to udowodnić, a chociażby zakwestionować? Może Józio ma jakąś broszurkę, z której czerpie te złote myśli. Na wszelki wypadek nie pytał go często, ale tez nie stawiał najlepszych ocen. Teraz sprawa przezwisk profesorów, bo nie były to przecież pseudonimy; czasami nawiązywały do nazwiska lub wyglądu, niekiedy nie wiadomo było, kto pierwszy zastosował przezwisko, potem powszechnie stosowane.

Był więc Peciuchna, Pępek, Pelikan, Piwonia, Policjant lub Śledź, Szprota, Kaczor (otoczony zawsze grupą chłopców), Furman i może ktoś, kto chodził do tej szkoły dopisze następne. Powroty odbywały się całkiem późno, za to nawiązały się nowe znajomości, bo dużo młodzieży uczyło się na wieczorówkach. Pomimo, że liceum było dla pracujących, nie mogłem się na pracę zdecydować. W przeciwieństwie do czasów obecnych, o pracę nie było trudno, ale przeważnie dla pracowników fizycznych.

Czas leciał, z potańcówek w sobotę i niedzielę wracałem coraz później, nieraz spotykałem tatę, który w poniedziałek wychodził do pracy, a ja do łóżeczka. Rok szkolny dobiegał końca kiedy przypomniała sobie o mnie Służba Polsce i przysłała wezwanie do brygady wakacyjnej (praca przy melioracjach). Szybko zjawiłem się w Lidze Lotniczej, prosząc o skierowanie na szybowisko, i rozczarowanie; porucznik zajrzał do moich dokumentów i nie znalazł informacji o niedzielnych lotach treningowych.

Nie pomogły moje wyjaśnienia, że mieszkam poza Warszawą i zanim przyjadę na lotnisko Gocław, to już nie ma miejsca na liście lotów, lub loty są odwołane ze względu na pogodę. W tamtych czasach to nie był tylko dojazd, ale i długie dojście np. ul. Raperswilską, na której stał tylko 1 dom. Porucznik był uparty, skierowania nie dał i to było powodem rozstania się z lotnictwem, czego żałuję do tej pory. Wielu kolegów z szybowisk zajęło potem, różne nieraz wysokie stanowiska, Jeden był nawet dowódcą lotnictwa polskiego.

Zwróciłem się wtedy do prof. Pędkowskiego i otrzymałem skierowanie na praktykę wakacyjną, obowiązującą uczniów szkół dziennych. Skierowanie było do kopalni węgla kamiennego Rozbark w Bytomiu. Kadry kopalni dały kartę obiegową, na podstawie której otrzymało się miejsce noclegowe, wyżywienie w stołówce, a przede wszystkim hełm, buty, ubranie i marki (blaszane krążki z osobistym numerem) na które otrzymywało się karbidowe lub elektryczne lampy górnicze, ewentualnie inne potrzebne narzędzia.

Gdy wreszcie zjawiłem się w kopalni u sztygara Wilka, ten nie bardzo wiedział co ze mną zrobić, bo musiał szybko ustalić i zorganizować odbudowę zawalonego na pancer chodnika. Pancer, to rynna z grubej blachy po której łańcuchy z poprzeczkami przesuwają urobiony węgiel. Zaproponowałem, że pójdę z nim, nie miałem bowiem pojęcia, że trzeba będzie przeciskać się między potrzaskanymi elementami obudowy, bryłami węgla przez ten zawalony chodnik.

Od sztygara byłem niższy i szczuplejszy, dzięki czemu nie musiałem się tak męczyć, jak on. W nagrodę, przez tydzień dyżurowałem w centralce pokładu, w razie potrzeby informując gdzie jest sztygar, który powiadamiał o każdej zmianie miejsca. Potem jako mechanik, zostałem włączony do brygady eksploatacyjnej usuwającej usterki i zacięcia w pracy pomp, w całym pokładzie. Dzięki temu zobaczyłem, jak wygląda praca górnika w tej najbardziej wtedy zmechanizowanej kopalni Przede wszystkim wilgoć, jeżeli zacięła się pompa, trzeba było jak najprędzej dotrzeć i usunąć np. kawałek węgla z zaworu pompy przeponowej, bo potem pracować trzeba było w wodzie co najmniej po pas.

Duże różnice temperatury w głównych chodnikach przeciągi z nadmuchiwanego chłodnego powietrza, a im bliżej przodka, coraz mniej świeżego powietrza, za to temperatura wzrastała tak, że niekiedy górnicy pracowali tylko w butach i hełmach. Po szychcie trzeba było wrócić do szybu, koło którego była wypożyczalnia lamp, zwrócić ją, a następnie porządnie się wymyć, bo bardziej przypominaliśmy murzynów, Pilnowanym jak oko w głowie kluczykiem odpiąć kłódkę opuścić powieszone na haku pod sufitem czyste ubranie, ubrać się, ubranie robocze powiesić na haku, podciągnąć pod sufit i zamknąć łańcuch na kłódkę.

Jeżeli pracowało się na nocnej zmianie, trzeba było się trochę przespać, jeżeli na rannej, a była pogoda, resztę dnia spędzało się na basenie pływackim na słoneczku, które się wtedy bardzo doceniało. Praktyka się wreszcie skończyła, obiegówkę trzeba było rozliczyć i za wszystkie pozostałe po praktyce pieniądze, kupiłem sobie krawat. Nowy rok szkolny. Na jesieni namówiony przez Zenka, rozpocząłem pracę kreślarza w Centralnym Biurze Projektów Przemysłu Rolnego i Spożywczego, aż w alejach Niepodległości.

Praca zaczynała się o 7.00 rano, kolejki nie były dopasowane i albo przyjeżdżaliśmy ok. 20 minut po 6 albo tyle po 7. Na późniejsze zaczynanie pracy kadry nie chciały się zgodzić, a uwzględniając przejazd trolejbusem przez Warszawę i dojazd kolejką, wstawać trzeba było ok. 4. Z pracy jechałem do szkoły, powrót do domu po 22, na sen nie było wiele czasu i z tej pracy musiałem zrezygnować. Odsypiałem tak do kwietnia i zatrudniłem się w Polskim Komitecie Normalizacyjnym.

Była to porządna instytucja, praca tylko 7 godz., zaczynała się o 9.00 i jeszcze zwalniano na zjedzenie w pobliskiej stołówce obiadu. Ponadto instytucja mieściła się w alejach Ujazdowskich naprzeciw Ogrodu Botanicznego, a kilkuosobowy zespół był młody, prawie w tym samym wieku i wszyscy weseli.

W szkole nastąpiły zmiany, dotychczasowe liceum dla pracujących zostaje w ramach reformy szkolnej (czy ktoś się zastanawiał ile to już lat reformujemy szkolnictwo?) przekształcone w Technikum Budowy Samochodów. Przecież zbudowaliśmy Fabrykę Samochodów Osobowych, więc po zmianie nazwy szkoły będą fachowcy, tym więcej, że skrócono lata nauki. Zostałem pierwszą ofiarą reformy szkolnej, bo po ukończeniu 4 klas gimnazjum, 3 klas liceum z niezłymi wynikami, otrzymałem świadectwo ukończenia 5 letniego technikum, takie same jak ci, co zaczynali naukę 2 lata później.

Wybudowana na terenach spalonej w działaniach wojennych Pelcowizny, FSO zatrudniła chyba więcej osób, niż rocznie produkowała samochodów. Kolejka nie była w stanie sprostać potrzebom, zbudowano więc linię tramwajową, na razie krótką, bo od pętli na Żeraniu (tak zmieniono nazwę Pelcowizny), do pętli na skraju Parku Praskiego. Oprócz FSO rozbudowano dawne zakłady Spiessa o wytwórnię penicyliny, zmieniając przy tym nazwę zakładów na Tarchomińskie Zakłady Farmaceutyczne, a nazwę miejscowości z Piekiełka, na Tarchomin. Największą zmianą było powiększenie powierzchni Warszawy na tym kierunku do Dąbrówki, a co się z tym wiązało, uruchomienie komunikacji miejskiej, w tym przypadku autobusu 126. Uniezależniło to nas od kolejki, ale zwiększyło liczbę przesiadek.

W 1956 r. kolejkę zlikwidowano całkowicie, zastępując ją komunikacją autobusową. Szkoda jej było, bo od 1900 r. kursowała niezawodnie, zabierając wszystkich chętnych, zwłaszcza od lat trzydziestych, kiedy w niedzielę wieczorem wracano z lasków w Buchniku i znad Niwki, niewielkiego stawu, w którym co roku topiło się kilka osób. Powrót z Buchnika opisał Wiech w jednym z felietonów. Kolejka nie jeździła zbyt szybko ale wynikało to też z częstych przystanków.

Linia była jednotorowa, o szerokości toru 800 mm, i tylko na niektórych stacjach były mijanki, odległości między nimi decydowały o rozkładzie jazdy. Poczynając od Jabłonny-stacji końcowej z torami postojowymi, magazynem węgla i pompą, Jabłonna-przystanek, Buchnik, Buków, Dąbrówka Grzybowska, Henryków-mijanka, Wiśniewo-mijanka, z dużym drewnianym budynkiem stacyjnym, wieżą ciśnień i magazynem węgla (stacja ta znajdowała się w pobliżu Ratusza Białołęki). Piekiełko, Żerań, Pelcowizna-mijanka, Śliwice, Golędzinów i stacja Most, usytuowana obok mostu Kierbedzia, z dużym budynkiem murowanym w którym były kasy, bufet oraz szereg pomieszczeń służbowych.

Największym mankamentem tej stacji było usytuowanie jej za wałem przeciwpowodziowym i w związku z tym zalewanie nie tylko torów, ale i budynku stacyjnego. Obok budynku były schody prowadzące na wiadukt mostu, do przystanków tramwajowych. W Książce Informacyjno Adresowej Cała Warszawa 1930 r. Wydawnictwo Towarzystwa Wydawniczego PIKA (Polskie Informacyjne Książki Adresowe) Szpitalna 1, znalazłem ceny biletów tramwajowych, których teraz już nikt nie pamięta: bilet jednorazowy 25 gr, powrotny 35 gr, abonamentowy 10 przejazdów do 8.00 1,3 zł, po 8.00 2,5 zł. Kolejka: Warszawa-Jabłonna, odległość 18 km, cena biletu w klasie II 1,65 zł, w klasie III 1,1 zł.

Cena biletu miesięcznego była równa 30 przejazdom w jedną stronę. Godziny odjazdu: 6.01, 7.03, 8.48, 11.05, 14.35, 16.06, 17.04, 19.02, 20.16, 21.40, 23.45. Ceny przejazdów były wysokie, natomiast kiedy ja korzystałem z kolejki, ceny były proporcjonalnie dużo niższe, a klasa tylko jedna-trzecia. Wagony to już nowocześniejsze pulmany, natomiast w lato kursowały dodatkowe wagony bez szyb, a zwłaszcza jeden cieszył się zawsze wielkim powodzeniem, był stosunkowo krótki, ławki poprzeczne przez całą szerokość wagonu, z przekładanymi oparciami w zależności od kierunku jazdy, i stopniami wzdłuż całego wagonu.

Po likwidacji kolejki w latach następnych wybudowano drugą jezdnię, od Ronda Starzyńskiego do Bukowa, bo w pałacu w Jabłonnie urządzono Klub Dyplomatyczny. Pod tą północną jezdnię wykorzystano teren po kolejce, ale to nie starczyło i wyburzono wszystkie, nawet murowane domy, stojące zbyt blisko. Zmieniło to całkowicie wygląd wielu miejscowości, zwłaszcza w pobliżu dawnych stacji, które zawsze stanowiły lokalne centrum, i jednocześnie mieszkańcy przenieśli się przeważnie do centrum miasta.

Tak jak okolice, zaczęło zmieniać się i moje życie. Po ukończeniu technikum, wakacje spędziłem na wędrówkach turystycznych, a na jesieni zaprosili mnie do wojska i to w jakiś sposób zakończyło najprzyjemniejszą część życia młodość.


Ponieważ niektórzy koledzy nie życzyli sobie wymieniania ich imion i nazwisk (w oparciu o ustawę o ochronie danych osobowych), a z pozostałymi nie zdołałem się porozumieć; wspomnienia te są bezosobowe i nie oddają atmosfery tamtych czasów, stworzonych przez wspaniałą młodzież.

Wyślij link mailem
Pdf
Drukuj
Powrót
Wypowiedz się
Urząd Dzielnicy Białołęka, m.st. Warszawy
03-122 Warszawa, ul.Modlińska 197
Telefon: 22 676 76 70
Faks: 22 676 60 90
Stronę odwiedziło osób:
8648133
logo_BP_baner_lewy.jpg
ban-konsultacje.jpg
inicjatywa baner wysuwany1.jpg
ban-mapa.jpg
ban-kontakt.jpg
ban-19115.jpg
ban-bip.jpg
ban-facebook.jpg
ban-youtube.jpg
ban-instagram.jpg