logo.png
                 
pl
pl
 
Załatw sprawę w Urzędzie
O Białołęce Dworskiej, której już nie ma...
Jadwiga Salmowa
O Białołęce Dworskiej, której już nie ma...


"Wszystko minione, wszystko zapomniane" powiada Miłosz w jednym ze swoich wierszy. Tak, wszystko minione o czym chcę opowiedzieć, lecz nie wszystko zapomniane, jak niezapomniana jest moja mała Białołęka Dworska. Spędziłam w niej kilka przedwojennych beztroskich wakacji i niemal całą okupację. Tej Białołęki, która została w mojej pamięci już nie ma. Jest inna, rozległa, zatopiona w wielkim obszarze stolicy.

Posługując się coraz niestety bledszymi kliszami pamięci zamierzam odbyć wędrówkę po krainie mojego dzieciństwa i wczesnej młodości.
Wyruszam ze stacji Płudy. Brukowaną drogę otaczają z obu stron rozległe łąki, pola uprawne i gdzieniegdzie rzadkie zagajniki. Zabudowa zaczyna się dopiero przy ulicy Jasnej (obecna Ołówkowa), która prowadzi do masywnej budowli sierocińca "Bożyczyn".

Skręcam w ulicę prowadzącą na południe, ulicę Chopina (teraz Majorki). Mijam otoczone ogrodami domy, często niewielkie drewniane wille, których właścicieli poznam za kilka lat. To jeszcze okolice płaskie i nic nie zapowiada falistego, leśnego terenu, który jest celem mojej wędrówki. Z brukowanej, ulica przechodzi w drogę piaszczystą, ta zaś wiedzie przez rzadkie sosnowe laski i zagajniki. Dalej są już tylko wysokie wydmy otoczone łąkami. Tuż przed wydmami skręcam w lewo, już pod górę.

Jestem w leśnej krainie, w moim "magicznym miejscu". W lesie, na szczycie wysokiej skarpy stoi dom mojego wujostwa Henryka i Bronisławy Motylewskich. Zaprojektowana przez arch. Domeradzkiego, zbudowana w latach 1934-35 piętrowa willa "Mewa" (biała i ujęta w szare boniowane narożniki) ma bardzo urozmaicone otoczenie. Po obu stronach willi rośnie mieszany, schodzący w dół las.

Są w nim alejki z białymi ławeczkami, są białe klosze latarń na słupach i, o dziwo, rosną tu dorodne prawdziwki. Do ogrodu w dole prowadzi kilka ziemnych, ukwieconych tarasów. Ogród jest wypielęgnowany, a zajmuje się nim rodzina Kowalików, mieszkająca w specjalnie dla niej wybudowanym domku. W dole, z prawej strony domu jest spore jeziorko, nad którym rosną wielkie, stare brzozy.

Przerywam ten spacer w pamięci, by powiedzieć, że choć brzozy dawno zniknęły mogę je i dzisiaj oglądać na cudem ocalałym zdjęciu. Jeziorko zwane przez miejscowych "Bagienkiem", nim zostało oczyszczone i udekorowane wysepką z płaczącymi wierzbami miało swoją legendę. Podobno znajdowała się (w bagienku właśnie) zatopiona napoleońska armata.

Tego mitu nie potwierdziła niestety penetracja dna przeprowadzona w tracie wspomnianego oczyszczania. A może nie kopano dostatecznie głęboko? Obecnie, tuz za ogrodzeniem dawnej posiadłości Motylewskich, przy ulicy Tetmajera (nazwa ulicy bez zmian) jest pętla autobusu nr 176, a zaraz za nią słynne białołęckie więzienie. Z willi "Mewa" ocalał parter, chyba zamieszkany, nie ma śladu po jeziorku, nie ma drzew. Dawny ogród został wyłożony płytami, a może zabetonowany?

Ale ja jestem dalej na spacerze po krainie dzieciństwa i biegam po falistym lesie w towarzystwie moich rówieśników Heli i Wiesia Bukowskich. Do ich domu schowanego w niewysokich sosenkach docieram leśną ścieżką granią wysokiego pagóra. Dom moich małych przyjaciół otaczają alejki wysadzane niezliczoną ilością odmian pięknie kwitnących (jest środek lata) dalii. Jakże jest kolorowo i wesoło! W niedalekim sąsiedztwie, na leśnym wzniesieniu stoi duża murowana willa. Nie zbliżam się do niej, nie ma tam dzieci, a wokół ogrodzenia biegają groźne psy.

Ten dom na zawsze pozostanie w mej pamięci. Łączą się z nim mroczne dzieje znanych mi ludzi, ukrywających się w jego murach za czasów okupacji.

Zatoczyłam w moim spacerze spory łuk po lesie Białołęki i teraz, już po piasku, wśród rzednących sosen zbliżam się do brukowanej drogi. Mijam jeszcze dużą, drewnianą willę Koktyszów, drewniany dom ze sklepem Prządalca jestem przy drewnianym budynku Szkoły Powszechnej. Gdzieś w pobliżu stoi dom, w którym mieści się Klub Sportowy "Junak" (o tyle ważny dla dziewczynki, że jego honorowym prezesem jest mój wuj Motylewski, właściciel wspomnianej "Mewy").

W rodzinnych opowieściach z pewną duma chwalono wuja za ładny gest, kupno butów dla drużyny piłkarskiej "Junaka". Tacy to byli przedwojenni honorowi prezesi!

Styczeń 1940 roku był wyjątkowo mroźny. Przyjechałam z rodzicami wysiedlonymi z poznańskiego do Białołęki Dworskiej, by zostać w niej do przyjścia frontu sowieckiego. Już w lutym zaczęłam uczęszczać do białołęckiej szkoły do niepotrzebnej mi 7 klasy (gdyby nie wojna byłabym gimnazjalistką). Szkoła okazała się przyjazna z niezapomniana uroczą polonistką panią Słobodow. Z klasowej braci pamiętam wesołą (nomen omen) Niusię Śmieszną, Basię Cynamon (zabrana wkrótce do getta) i uczynnego Wiktora Rzennika.

Po przeżytym wstrząsie wejścia Niemców i utracie własnego domu, tutaj wśród opiekuńczych krewnych poczuliśmy się względnie bezpieczni. Białołęka trwała jakby niezmieniona, ale już odsłaniały się pagórki, niknął las ludziom potrzebne było drewno na opał. Niemcy nie pokazywali się prawie, nie zażądali jeszcze oddania nart, mogliśmy więc w te pierwsze okupacyjne zimy szusować po odsłaniających się stokach.

Z chwilą znalezienia możliwości dalszej nauki (Gimnazjum handlowe "Koła Prażan" na ul. Brzskiej) zaczęły się moje codzienne peregrynacje na stację Płudy, skąd pociągiem 6.11 (ta wczesna godzina wryła mi się głęboko w pamięć) dojeżdżałam do stacji Bródno. Tak blisko, a podroż trwała często kilka godzin pierwszeństwo miały transporty niemieckie.

Moje nowe, dojeżdżające od przedwojnia do tej samej szkoły koleżanki Wanda Kusakówna i Gienia Godlewska) pomagały mi w oswojeniu się z tą bliską, lecz niebezpieczną podróżą (częste łapanki na dworcach). Zawarłam dużo nowych znajomości z młodzieżą dojeżdżającą z Choszczówki i Legionowa.

A gdzież są te miłe dziewczynki z Legionowa, które wychylając się z przepełnionego wagonu wołały do mnie: "Aniołku, siadaj z nami!"

Od roku 1942 mieszkałam już przy ulicy Jasnej 1 (czy teraz Ołówkowa 1 - nie wiem), w długim drewnianym, wielorodzinnym domu, mając za sąsiadów rodziny Borkowskich, Rajchlów, Borkiewiczów, bliską mi szczególnie p. Jaromirską i innych, których nazwisk nie pamiętam.

Praska szkoła, dodatkowa nauka na kompletach, konspiracyjne kursy sanitarne to już temat na osobną opowieść. Może wydać się dziwne, lubiłam się uczyć, dużo i chętnie czytałam. Dlatego ze szczególną wdzięcznością wspominam pana Błażejowskiego, mieszkającego z żoną malarką i synkiem w willi Koktyszów. Ten, wydaje mi się filozof z wykształcenia, udostępniał mi swoją obszerną bibliotekę, zaś jako gorący wielbiciel Balzaka sprawił, iż wcześnie poznałam smak dobrej, choć trudnej dla nastolatki lektury.

Z opowiadań świadków wiem, że w czasie działań frontowych willa Koktyszów spłonęła jako jedna z pierwszych.

Z czasem utworzyła się cała paczka białołęckiej młodzieży, która w patriotycznych nastrojach spędzała wspólnie czas, czy to na czyichś imieninach, lub by latem grać w siatkówkę (brakowało nam sportów). Próbowaliśmy nawet utworzyć amatorski teatrzyk domowy. W tym gronie była Marta Dorobówna, Krysia Szymankiewicz, Zbigniew Bzinkowski, Gienio Dzioba, siostry Zawadzkie, bracia Nowakowscy i Tadzio Tragan mój ówczesny, subtelny adorator.

Zdarzało się, że wracaliśmy ze spotkań późnym wieczorem, już po godzinie policyjnej. Czuliśmy się bezpieczni, gdyż w Białołęce nie było żandarmów, nie krążyły patrole. W niedziele chodziliśmy do kaplicy Domu "Bożyczyn", gdzie msze odprawiał niezwykły ksiądz (Puder?). Minęły lata, a wciąż widzę jego uduchowioną twarz i słyszę pięknym głosem intonowane: "... tantum ergo sacramentum...". Wtórowały mu anielsko siostry zakonne. Tej pięknej mszy łacińskiej nigdy już później nie usłyszałam.

Białołęka wydawała się bezpieczna, przybywali do niej ludzie szukający schronienia przed gettem, śmiercią. Moi nieżyjący już krewni ukryli tu Zofię Kassel z jej sędziwa matką (mieszkały w domu Matuszewskich przy ul. Chopina teraz Majorki). Bliskie sąsiedztwo i interesująca osobowość p. Zofii sprawiły, że często przebywałyśmy razem. Jej opowiadania o zwiedzanych przed wojną krajach, znajomość języków obcych i wielkie oczytanie przyciągało mnie do tej, tak dużo starszej ode mnie osoby.

W lecie 1943 roku, po tragicznym zniknięciu dwu innych, ukrywających się małżeństw, pani Zofia została ulokowana na Żoliborzu, gdzie przeżyła okupację. Ci inni, mieszkający we wspomnianej willi z groźnymi psami to małżeństwo Runowskich i Jarocińskich, z bratem Jarocińskiego i dorosłym synem. Jarocińscy byli żydami z Wiednia. Na całkowite prawie odosobnienie skazywała ich bardzo kaleczona polszczyzna. Ale pan Karol Rumowski) mówił najpoprawniejszym polskim, wręcz literackim językiem, był z pewnością ich łącznikiem z otaczającym światem.

Mógł swobodnie przechadzać się, zawsze nienaganny tak w stroju jak i w sposobie bycia. Bywał też dość częstym gościem w naszym domu na Jasnej. Uczestnicząc w skromnych uroczystościach rodzinnych zachwycał swada i pogodą ducha z jaką komentował swoją sytuację. W naszych spacerach z Zofią Kassel po polach otaczających łyse pagórki Białołęki spotykałyśmy czasem brata Jarocińskich, mówiącego już po polsku ze śmieszącym nas austriackim zaśpiewem.

Nazywałyśmy go (ze względu na dziwny strój zawsze w kratkę i niemodne baczki) "dyrektorem cyrku". Nie było mu widać dobrze z rodziną, poszedł na wieś pasać bydło u gospodarza... i przeżył wojnę! Pewnego letniego ranka, ktoś przyniósł straszną wiadomość o naszych ukrywających się znajomych. Coś tragicznego wydarzyło się w willi na wzgórzu. Nie było wiadome czy zniknęli za sprawą Niemców, czy też padli ofiarą "zwykłego" bandyckiego napadu. Udało nam się tylko uprzedzić o tragedii syna Jarocińskich, gdy wracał ze stacji (pracował w Warszawie, miał tam już narzeczoną). Wiem, że przeżył wojnę.

Inne dramatyczne losy spotkały naszą sąsiadkę z ul. Jasnej p. Jaromirską. Pewnej słotnej nocy znaleziono pod parkanem klasztornego ogrodu dwie małe dziewczynki jedna z nich była niemowlęciem, druga płacząc wymawiała słowo "mama" mogła mieć około dwóch lat. Tę starszą zabrała do siebie p. Jaromirska, niemowlę zaś inna białołęcka rodzina. Bezdzietna pani Lodzia (tak mówiło się o pani Jaromirskiej) z czułością prawdziwej matki zajęła się dziewczynką.

Z trudnością udało jej się powiadomić męża uwięzionego w Oświęcimiu o nagłym pojawieniu się dziecka. Dziewczynka otrzymała imiona: Bogumiła Jadwiga; byłam jej matką chrzestna. Pani Lodzia i Bogusia przeżyły wojnę i doczekały się również powrotu "taty" z kacetu. A jednak... prawdziwy ojciec odnalazł, po długich poszukiwaniach, mieszkającą po wojnie we Wrocławiu, rodzinę Jaromirskich. Opowiadano mi o rozpaczliwych scenach pożegnania nieprawdziwej matki z ukochaną córeczką. Ojciec zabrał Bogusię do Ameryki. Tylko ona jedna żyjąca została mu z całej rodziny.

Patrzysz na mnie ze zdjęcia śliczna Bogusiu nie wiem gdzie w końcu ulokowało cię życie. Tak jak i ty zapewne nie wiesz, nie pamiętasz, że w Białołęce urodziłaś się po raz drugi.

Wybuch powstania warszawskiego zastał mnie w Białołęce, były przecież wakacje. Zbliżał się front. Z wydm za ulicą Tetmajera widać było płonącą, zabijaną Warszawę. Widziało się też jak na filmie, myślę teraz powietrzne walki samolotów nad frontem. Któregoś sierpniowego ranka zjawiło się u nas kilku moich szkolnych kolegów. Wobec niemożności walki z wrogiem na Pradze chłopcy postanowili, przemykając się nocami, dostać się okrężną drogą do powstania.

Przyszli zmęczeni, brudni i wygłodzeni. Był wśród nich mój szkolny kolega, teraz znany aktor warszawski Bogdan B., był też mój bliski przyjaciel, liryczny Zbyszek Rotter (niesłusznie uważany przez grono nauczycielskie za szaławiłę i "gorszyciela"). Chłopcy zostali opatrzeni (mieli liczne obrażenia), nakarmieni.

Rwali się do walki. Zawsze będą mi brzmiały w uszach słowa Zbyszka-romantyka, który ostatniego wieczoru, charakterystycznie graserując recytował Słowackiego: "Piramidy czy wy znacie takie trumny, sarkofagi...". Zbyszek przepłynął Wisłę gdzieś w okolicach Tarchomina, krotko walczył na Żoliborzu. Poległ. Być może ten wieczór w Białołęce był jego ostatnim, spokojnym, a może i szczęśliwym wieczorem?

W końcu sierpnia 1944 roku front był już bardzo blisko. Niemcy zjawili się nieoczekiwanie, zaczęła się łapanka, wyłapywali młodzież. I to są już moje ostatnie chwile w Białołęce. Wyciągniętą z ukrycia prowadzą mnie do wypełnionej młodymi ludźmi ciężarówki. Widzę jeszcze płaczącą matkę; długi drewniany dom przy ulicy Jasnej i moja Białołęka Dworska znika.

Wyślij link mailem
Pdf
Drukuj
Powrót
Wypowiedz się
Urząd Dzielnicy Białołęka, m.st. Warszawy
03-122 Warszawa, ul.Modlińska 197
Telefon: 22 676 76 70
Faks: 22 676 60 90
Stronę odwiedziło osób:
8933511
logo_BP_baner_lewy.jpg
ban-konsultacje.jpg
inicjatywa baner wysuwany1.jpg
ban-mapa.jpg
ban-kontakt.jpg
ban-19115.jpg
ban-bip.jpg
ban-facebook.jpg
ban-youtube.jpg
ban-instagram.jpg