logo.png
                 
pl
pl
 
Od końca II wojny światowej do utworzenia Gminy
Janusz Ekes
Od końca II wojny światowej do utworzenia Gminy


W ciągu długich sześciu tygodni od 15 września do 28 października 1944 r. cały obszar dzisiejszej Gminy pozostawał teatrem działań wojennych, w wyniku których sowieckie oddziały pancerne zmusiły Niemców do jego opuszczenia. Dokonało się to w dwóch aktach. W pierwszym, do 18 września, linia starcia przesunęła się z południa po Annopol zaś od wschodu po Kanał Bródnowski.

W drugim, rozpoczętym 10 października, front odszedł na północ, by aż do połowy stycznia 1945 r. utrzymywać się w sąsiedztwie bezpośrednim, bo obejmującym Jabłonnę i Legionowo. Tak bliska obecność frontu powodowała dalsze niszczenie substancji materialnej. Płudy, Tarchomin, Henryków i okolice były bowiem wielokrotnie poddawane ostrzałowi artylerii niemieckiej, przez następnych dwanaście tygodni, to jest do chwili ustąpienia Niemców z Warszawy lewobrzeżnej. Jednak już wówczas, w surowych warunkach mroźnej zimy, poczęło odradzać się życie.

Odradzało się ono w kadrze materialnym, który mógł je paraliżować. W ruinie leżały placówki miejscowego przemysłu, pięćdziesiąt cztery zabudowania fabryki Spiessa, budynki fabryki Strema, drożdżownia Bienenthala, Metalowe Zakłady Hutnicze "Żerań" SA, czy też uruchomiona dwa lata przed wojnę filia Państwowych Zakładów Tele i Radiotechnicznych, przy ulicy Modlińskiej 6. Produkty, zapasy, aparaturę wytwórczą uwiózł ze sobą okupant, z samych zakładów Spiessa wywożąc jeszcze we wrześniu 1944 r. dwadzieścia dziewięć wagonów dobytku.

Na skraju południowym, jakby na ironię, przetrwały kataklizm drewniane bloki mieszkalne dla lokatorów eksmitowanych z mieszkań warszawskich z powodu niepłacenia czynszu. Wkrótce przecież i ten szczegół krajobrazu, rzucający pewien cień na raczej dobrze wspominane czasy przedwojenne, uległ redukcji. Braki opału sprawiły, że z czterdziestu budynków tylko kilkanaście doczekało pierwszej powojennej wiosny.

Zniszczeń widniejących w zachodniej stronie obszaru dopełniał widok barbarzyńskiego spustoszenia, jakiego na jego krańcu wschodnim doznał podczas postoju wojsk sowieckich modrzewiowy kościółek św. Michała Archanioła w Grodzisku, wystawiony podobno jeszcze w czasach Jagiellonów. W całej tak wymownie okadrowanej przestrzeni, przeorana wybuchami ziemia, nie tylko skarżyła się niebu gruzami domostw. Stwarzała również niebezpieczeństwo dla wszystkich, którzy na nią powracali.

Kryła w sobie niewypały, pola minowe, szczególnie gęste na Żeraniu, a także poniemieckie bunkry, choćby w Płudach, gdzie wydrążone na kościelnym wzgórzu, zagrażały fundamentom świątyni. Jak wszędzie w Polsce tak i tutaj, w życiu odradzającemu się w takim kadrze materialnym odmówiony został tak należyty komfort pełni odczucia wyzwolenia. Opinia publiczna w każdej z miejscowych osad daleka była od entuzjazmu dla nowej władzy jaka urządzała się pod zbrojną protekcją wschodniego sąsiada, kojarzonego tu odruchowo nie tylko z epoką rosyjskiego zaboru, ale i ze zwycięską bitwą właśnie pod Białołęką w 1831 r., a zwłaszcza z sierpniowym zwycięstwem z roku 1920, dokonanym nieomal za miedzą.

Głoszone przez zdobywców hasła polityczne też nie przemawiały do wyobraźni, i to w żadnym ze społecznych kręgów i środowisk, naturalne sympatie utrzymywały się w układzie tradycyjnym jaki faworyzował PPS i Stronnictwa Ludowe oraz Narodowe wykluczając komunistów, a wiązał się z lojalnością dla podziemnego państwa. Nie mogło być inaczej ani na kolejarskim osiedlu w Aleksandrowie, ani w innych osadach, tak tych zindustrializowanych na zachodzie, jak i w wiejskich osiedliskach we wschodniej części obszaru.

W rezerwie do nowej władzy utrzymywała je zarówno działalność informacyjna Armii Krajowej i PPS-WRN, jak też praktyka terroru, o której wieści dochodziły choćby z pobliskiej ekspozytury Urzędu Bezpieczeństwa na Pradze, albo z obozu w niewiele bardziej odległym Rembertowie. W podobnych nastrojach, powrotowi mieszkańców przymuszonych przez władze niemieckie do opuszczenia swoich siedzib jeszcze przed przetoczeniem się frontu, towarzyszył bardziej chyba upór, niż euforia.

Był to upór ludzi zdeterminowanych do odbudowy duchowych i materialnych podstaw ich życia. I był to upór ofiarny. Jednoczył świadczenia pracą umysłów i rąk, z poświęcaniem na cel publiczny grosza prywatnego, gromadzonego przecież z nie małym trudem osobistym. Stąd też wysiłki indywidualne łatwiej niż zazwyczaj kojarzyły się w wysiłek zbiorowy, pociągający za sobą zamierzony wynik.

Oto dwa tylko przykłady:

Przykład pierwszy, to dzieje odbudowy kościołów św. Jakuba w Tarchominie i Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Płudach. Postawa księdza Karola Zdebskiego, który nie podporządkowawszy się rozkazowi okupanta pozostał na miejscu by strzec obydwu świątyń, dodatkowo zapaliła powracających, którzy nie szczędząc żadnego z możliwych wysiłków sprawili, że już w roku 1945 oba kościoły zostały wyremontowane, przy czym drugi z nich, po zabezpieczeniu fundamentów, pozyskał nowy dach. W tym miejscu nie sposób pominąć zasług przynajmniej tych rodzin, które właśnie odtąd na przeciąg następnych pokoleń wpisały się w społeczny pejzaż dzielnicy i w dzieje parafii. Wymieńmy więc Gońków, Kowalskich, Okrzejów, Osińskich, Ostrowskich, Rogozińskich, Sadeckich, Sapiejewskich, Szerów, Wilmanowiczów, Zawadzkich.

Przykładu drugiego dostarczyła odbudowa Zakładów Spiessa. Już w końcu października 1944 r., a więc bezpośrednio po wycofaniu się Niemców, powrócił tu inżynier Mieczysław Grodzki, by wspólnie ze ściągającymi pracownikami fabryki zabezpieczać to co pozostało i przygotowywać uruchomienie produkcji w stałym zagrożeniu artyleryjskim. Ówczesnych i późniejszych trudności nie ulękli się przedstawiciele rodzin związanych z Zakładami znów wielopokoleniowo między innymi Fluksików, Kołakowskich, Kucińskich, Łojków, Okrzejów, Sapiejewskich, Sławińskich, Zduniaków. Zauważmy, że rodzaj pierwszego wtedy wypuszczonego produktu miał wymowę symboliczną, w ówczesnym położeniu sanitarnym zdewastowanego Kraju, w tym również i stron nas tu interesujących, a dotkniętych bolesnym niedostatkiem wody. Była to bowiem maść przeciwko świerzbowi, której wyprodukowano pięć ton.

Oba przykłady zdają się nas zbliżać do tajemnicy prawdziwych przyczyn osiągniętego powodzenia jakie towarzyszyło stopniowej odbudowie życia i pracy zaszłej w pierwszych powojennych latach w warunkach coraz bardziej ciaśniejącej swobody wypowiedzi politycznej i inicjatywy gospodarczej wraz z procesem umacniania się "władzy ludowej". Tajemnica spoczywa w żywotności miejscowego społeczeństwa, w spoistości tworzących je związków rodzinnych i towarzyskich w przewadze więc, jaką ogólna i naturalna więź z okolicą społeczną posiada nad równie naturalnymi animozjami, które tę okolicę czasem mogą dzielić.

Zasoby tej żywotności, dziedziczone po poprzednim pokoleniu, były wówczas na tyle obfite, że zdołały wyzwalać całą niezbędną inwencję i zaradność nie tylko przy remoncie kościoła, rodzinnego domu, czy upaństwowionego zakładu pracy. To przecież ten sam duch społecznikowski, który przed wojną, w świeżo powstałym osiedlu w Białołęce Dworskiej ufundował ze zorganizowanego grosza szkołę podstawową, teraz wspierał bez pomocy władz jej istnienie, w roku 1945, gdy wznawiała ona swoją służbę, i w roku 1947, kiedy to po pożarze poprzedniej siedziby trzeba było przygotować nową, jeszcze w początku lat pięćdziesiątych, otaczaną wyłącznie tą samą opieką.

Nie inny duch kierował poczynaniami pary nauczycielskiej, państwa Czesławy i Bronisława Gassów, którym przetrwanie i natychmiastowe, bo w lutym 1945 r. podjęcie pracy, zawdzięczała szkoła podstawowa w Wiśniewie. W tym samym czasie powróciły na stanowisko Siostry Franciszkanki Rodziny Maryi do Białołęki Dworskiej, gdzie wyremontowały prowadzony przez nie dziedziniec, i do Płud, gdzie dokonały tego samego w ich szkole podstawowej przy ulicy Klasyków.

Wróciły też Siostry Felicjanki do Wiśniewa, by znów prowadzić i przedszkole, i pensjonat dla pań emerytek. Obok placówek wymienionych, których promieniowanie wyrażało i utrwalało tradycyjnego ducha społeczności, rychło rozpoczęła pracę nowa instytucja oświatowa, dobrze i owocnie na przyszłość wpisana w tradycję zawodowej specyfiki miejsca. Było nią Gimnazjum Chemiczne przy fabryce Spiessa, otwarte w roku szkolnym 1947/48, a w roku następnym przekształcone już w liceum.

Zasoby żywotności społecznej tkwiły więc w ludziach realnych, noszących konkretne nazwiska, wiernych tradycyjnemu obyczajowi i tradycji uczciwej pracy. Ich wkład w przygotowanie właśnie owej ludzkiej infrastruktury, która umożliwiła odbudowę i następujący po niej rozwój, daje się wyrazić matematycznie. Choćby w szybko rozwijającej się tarchomińskiej "Polfie" utworzonej na bazie dawnych fabryk Spiessa, Strema i Zakładów Hutniczych "Żerań".

W roku 1952 blisko 70 procent jej załogi nadal tworzyli solidarnie skonsolidowani pracownicy przedwojenni lub ich potomkowie, wśród nich również i współtwórcy technologicznego sukcesu, który uczynił z Zakładu jedną z pierwszych w Europie wytwórni penicyliny, uruchomionej latem 1949 roku inżynierowie Walerian Giedroyć i dyrektor Zbigniew Sokołowski. Podobnie kształtowały się stosunki w dawnej montowni aparatów telefonicznych przy ulicy Modlińskiej, gdzie w roku 1948 około stu pracowników, podejmując montaż nadajników pocztowych, dało początek rozwojowi fabryki, przekształconej w roku 1951 w przedsiębiorstwo samodzielne Zakłady Wytwórcze Urządzeń Elektronowych, dzisiejszy "Warel".

Warunki zbliżone, bo określane duchem spółdzielczości co prawda krępowanym jego komunistyczną ramą przyczyniały się do powodzenia innych inicjatyw. Przejawiło się to w powołaniu Spółdzielni Pracy "Mototransport" przy ulicy Klasyków 1 w roku 1947, jak również w tym samym czasie, w przekształceniu działającego pod numerem 36, tej samej ulicy, zakładu cukierniczego w zakład przetworu owoców i warzyw, obecnie jeden z najważniejszych zakładów "Hortexu".

Do ludzkiej i materialnej infrastruktury miejsca sięgnął twórczo projekt uruchomienia produkcji artystycznej stolarki i meblarstwa, jakże niezbędnej w Kraju, który leczył rany jakie wojna zadała jego dziedzictwu. Stało się to w roku 1952, w korkowni w Henrykowie, przy ulicy Mehoffera 81, gdzie Pracownie Konserwacji Zabytków otworzyły zakład dzisiejsze Zakłady Wytwórcze Mebli Artystycznych który rychło otoczyła zasłużona renoma.

Wśród powracających zabrakło Żydów, dość licznie żyjących tu przed wojną. Gromadka dzieci żydowskich, którą z takim poświęceniem ukrywały Franciszkanki w domu w Białołęce, nie pozostała w krainie dzieciństwa i udała się w świat, skąd zadbała by w Jerozolimie, w ogrodzie Yad Washem, osobne drzewko upamiętniało białołęckie zakonnice, obok drzewek innych, sadzonych tam z wdzięczności dla "sprawiedliwych wśród narodów świata".

Co wydaje się charakterystyczne a co dodatkowo wskazuje na rozmiar owej społecznej żywotności to fakt, że dorobek lat powojennej odbudowy i kładzenia podwalin pod późniejszy rozwój, osiągnięty został siłami społeczeństwa, które tu w niewielkim stopniu zostało uzupełnione powojennym przypływem nowych mieszkańców, jaki zasilał Warszawę. Liczba obywateli cięgle przypominała stosunki istniejące bezpośrednio przed wojną. Przed rokiem 1951 Henryków liczył niewiele ponad 1000 mieszkańców, Białołęka około 600, Płudy około 500, Choszczówka nieco ponad 200.

Można by więc powiedzieć, że dorobek tych czasów nie tylko dowodził istnienia znacznej energii społecznej, lecz również wskazywał na jej źródło chyba główne, jakim niewątpliwie była tu uratowana z pożogi wojennej tożsamość społeczeństwa. Okolicznością dodatkową, która dodatkowo konserwowała tę tożsamość, była pewna izolacja obszaru dzisiejszej Gminy od Warszawy, przeżywającej nieporównanie intensywniej skutki historycznego procesu na jaki złożyły się: przebudowa oblicza demograficznego oraz komunistyczny eksperyment ustrojowy.

Aż do roku 1951, z wyjątkiem północnego i wschodniego Żerania, cały ten obszar znajdował się poza administracyjnymi granicami Stolicy, wchodząc do powiatów Nowy Dwór Mazowiecki i Wołomin. Z perspektywy wszystkich trzech placówek administracyjnych znajdował się więc na peryferiach. Komunikacja z Warszawy nie była łatwa. Od ostatniego przystanku tramwajowego "trójki" na Pelcowiznie, trzeba było jeszcze dziesięciu minut spaceru piechotą, by znaleźć się w Annopolu.

Wyprawa do Warszawy była wyprawą koleją, wtedy jeszcze parową, używaną przecież jako środek dojazdu może częściej do Legionowa, niż do Stolicy. Podobnie też Marki były dla mieszkańców Grodziska, Lewandowa czy Olesina częstszym od Warszawy celem codziennej podróży. Podwójna izolacja północno-wschodniej części dzisiejszej Gminy jaka wynikała zarówno z faktu jej rozgraniczeń administracyjnych, jak i z faktu jej zdecydowanie rolniczego charakteru, rzecz prosta nie wpływała na sposób, w jaki cała ta okolica odpowiadała na wyzwania pierwszych lat powojennych.

Nie był to sposób inny duchem od ujawniającego się w sąsiedztwie. Przykładem może być tu Kobiałka, z której trzydziestu domostw istniejących w chwili wychubu wojny tylko jedno zastali ocalałe ci, którzy tu powrocili w końcu stycznia 1945 r. Tu również zachowanie się nowej władzy dotkliwie ograniczało satysfakcję pokoju. Stąd i z pobliskiego Olesina, przeto z dwoch tylko i tak niewielkich siół, aż cztery osoby padły ofiarą wywózki do Związku Radzieckiego, by nie powrócić w komplecie.

Skala represji, liczbowo więc względnie duża, spowodowana była oczywiście dobrze waładzy znaną postawą miejscowego społeczeństwa, za okupacji w całości związanego ze zbrojnym Podziemiem. W czasie dochodzeń prowadzonych przez Urząd Bezpieczeństwa, w Kobiałce nie znalazł się ani jeden donosiciel. W tej skali nabiera wymowy zaledwie jeden przypadek akceptacji nowych stosunków, zresztą wątły i anonimowy, nadto nieco późniejszy, bo związany z usiłowaniami kolektywizacji wsi.

Uzewnętrznił się on w postaci napisu, ajki noca ozdobił ścianę jednego z domów: "tu mieszka kułak, wróg Polski Ludowej". Trudno, co prada przypuszczać, by w ten sposób wyraziła się namiętność bardziej polityczna, niż prywatna. Zrozumiała wtedy i znamienna wydaje się znaczna dyskrecja w jakiej później dlugo jeszcze utrzymywali fakt swego partyjnego zorganizowania ci z miejscowych, bardzo nieliczni, którzy się na nie zdecydowali. Nie mniej przecież znamienna pozostaje duża dbałość tych ostatnich, by nie narażać się na zarzut, iż ich lojalność wobec sąsiadów jest mniejsza od ich posłuszeństwa dla władzy, ktorą reprezentowali.

W każdym bądź razie, ówczesny sołtys miejscowy, przez pamiętających go, do dziś wspominany jest z sympatią. Wszystko to dowodzi znacznego wówczas natężenia więzi narodowej i społecznej, jaka wynikała z ludzkich charakterów i stabilnej osiadłości. Trudno przecież sobie wyobrazić, by mogło być inaczej. Aby więc syn na przykład Józefa Smoczyńskiego, który w roku 1918, w odruchu dobrze osadzonym w odwiecznej tradycji, ufundował figurę Krzyża upamiętniającą koniec I wojny światowej (do dziś stojący na skrzyżowaniu P.łochocińskiej i Kobiałki), rychło po II wojnie, wraz z sąsiadami nie ruszył do odbudowy szkoły, którą jego ojciec razem z ich ojcami stworzył przed końcem poprzedniej wojny.

Nie mogło też być inaczej jeszcze z jednego powodu, który dobrze ilustruje tym razem aspiracje. Do istoty tych aspiracji zbliża fakt, że znajdywali się tu gospodarze tacy jak Aleksander Waś, który w okresie międzywojennym umiał zdobyć się na sprzedaż części posiadanej ziemi po to tylko, by wykształcić trzech synów. Z takim to "skansenem" niosąca właściwą sobie nowoczesność "władza ludowa" miała zaiste twardy orzech do zgryzienia. Mogła jedynie jak czyniła to w całym Kraju, izolować go i skazywać na ekonomiczną wetetację. Choćby zakazami prywatnych inwestycji budowlanych, pod pretekstem planowania nigdy nie zrealizowanej budowy elektrociepłowni Mańki.

Z peryferyjnością administracyjną łączyło się zachowane do dziś zróżnicowanie charakteru gospodarczego, które ze wszystkimi swymi konsekwencjami dzieliło cały obszar na dwie części: przyległą do linii kolejowej i uprzemysłowioną, oraz rolniczą, na wschodzie i północy. Urbanizacja postępowała w pierwszej, zresztą, na objętych nią terenach, zbytnio nie rugując z pejzażu łąk, kartoflisk, łanów zboża i szklarni. Pejzaż drugiej nieodmiennie pozostawał sielski, od Grodziska i Brzezin po Olesin i Kobiałkę, w Buchniku zaś, urodę pokrytych laskiem piaszczystych wydm i bliskością jeszcze czystej Wisły zapraszając do niedzielnego odpoczynku, z czego korzystali tu przede wszystkim Prażanie.

To zróżnicowanie całości obszaru, wraz z jego administracyjną peryferyjnością, rzecz prosta nie sprzyjało jego integracji jako wewnętrznie powiązanej dzielnicy, którą obszar ten począł stawać się realnie dopiero wraz z ustanowieniem Gminy. Zrazu, tylko dwie parafie mogły by być uważane za lokalne z dzisiejszego punktu widzenia mianowicie tarchomińska Św. Jakuba i żerańska Św. Jadwigi. Trzy wspólnoty parafialne wiązały tymczasem większą część obszaru, z położonymi poza nim Jabłonną, Nieporętem i Markami.

Doniosłe wydarzenia, jakimi były decyzje administracyjne z lat 1951 i 1965 włączające uprzemysłowioną jego część, a następnie rolniczą w obręb Warszawy, same przez się nie doprowadziły pod tym względem do zmian istotniejszych. Pozostawał on nadal peryferią, tyle że już warszawskiej dzielnicy, mianowicie Pragi Północ. Jako też taka peryferia przeżywał, w ciągu blisko trzydziestu lat następujących od początku lat pięćdziesiątych, dole i niedole procesu właściwego socjalistycznej gospodarki planowej, oraz specyfice już utrwalonego systemu władzy komunistycznej.

W trzydziestoleciu obejmującym lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, Białołęka i jej okolice jedynie częściowo korzystały z dobrodziejstw szerokiego rozmachu jaki charakteryzował praktykę inwestycyjną epoki socjalizmu. W całym tym okresie zdecydowana przewaga leżała bowiem po stronie inwestycji przemysłowych. Budownictwo mieszkaniowe za przemysłowym tu nie podążało.

Z poważniejszych przedsięwzięć w tej dziedzinie wypada wymienić osiedle "Marywilska", powstające w latach 1950-1964. Na wschód od ulicy Płochocińskiej, a więc na terenie o charakterze wiejskim, aż po lata osiemdziesiąte obowiązywał administracyjny zakaz budowy nowych budynków mieszkalnych, a praktycznie również i ograniczenia poczynań remontowych, co było uzasadniane nie tylko wspomnianymi już projektami wzniesienia elektrociepłowni Mańki, lecz także podobnie niezrealizowanymi planami urządzenia lotniska w Markach.

Pewną rolę odegrał zastój budownictwa mieszkaniowego w połowie lat sześćdziesiątych. Ilustruje go liczba około pięciuset nowych izb mieszkalnych oddanych w roku 1965 na całej Pradze, wytwarzającej wówczas blisko 40% produktu przemysłowego Stolicy. Spowodował on, że dopiero w połowie następnego dziesięciolecia ruszyła budowa wielkich osiedli na Bródnie i Targówku, ciągnąca się jeszcze w początku lat osiemdziesiątych.

Wszystko to tłumaczy, dlaczego aż po koniec omawianego okresu, a zarazem po przypadający na lata osiemdziesiąte schyłek "władzy ludowej", pejzaż dzisiejszej Gminy różnił się swym charakterem zasadniczo od pejzażu innych stołecznych dzielnic, w tym samym czasie naznaczonego koszarowym budownictwem w betonie.

Wpisane w nim, a powstające od lat pięćdziesiątych, bazy materiałowe i transportowe warszawskiego przemysłu, łącznie z rozbudowywanymi starszymi i budowanymi nowymi zakładami, choć zdolne imponować rozmiarami, niełatwo równoważyły obraz pól uprawnych i zabudowań gęsto świadczących dobrze o zamiłowaniu i umiejętnościach, z jakimi okolica poświęcała się intensywnej produkcji płodów roli, a przede wszystkim warzyw.

Można by rzec, że miasto w pełnym tego słowa znaczeniu i w pełni swej socjalistycznej specyfiki, które w ciągu owego trzydziestolecia zbliżało się raz wolniej raz szybciej, nie przekroczyło południowej granicy interesującego nas obszaru. Przemieszczali się natomiast ku takiemu miastu, a raczej ulegali przemieszczeniu mieszkańcy. Inwestycje budowlane toczyły się bowiem z przymusowym wywłaszczaniem dotychczasowych posiadaczy gruntów i domów, rekompensowanym przydziałami mieszkań w blokach, od lat siedemdziesiątych głównie na Targówku i Bródnie.

Standard rekompensaty był różny od standardu przedwojennych ambicji robotniczych, projektujących, i znowu nie tak tu rzadko realizujących, budowę jednorodzinnego domu z ogródkiem. Zresztą nawet wielu z tych, którzy po wojnie zamieszkali w resztkach osławionego osiedla w Annopolu, z mieszanymi uczuciami wyprowadzało się, by przyjęć ofiarowany im awans mieszkaniowy. Oczywiście od Annopola po Tarchomin, były to uczucia ludzi należących do starszego pokolenia.

Pokolenie młodsze, którego wyobraźnię formowały wzorce kulturowe, serwowane z całą monopoliczną siłą perswazji jaki zawsze posiada istniejący stan rzeczy dla wszystkich, co obcuje z nim od urodzenia, nie mogło nie ciążyć swymi aspiracjami i dążeniami życiowymi tam, skąd wzorce te promieniowały i gdzie zdawały się obiecywać możliwość ich realizacji. Okolica zamieniała się coraz bardziej w przemysłowy poligon, nie rozwijała kompleksowej infrastruktury kulturowej, jaka mogła uczynić z niej pełnowartościową dzielnicę wielkomiejską, którą formalnie była. Traciła więc swą atrakcyjność jako miejsce zamieszkania.

Tam, dokąd industrializacja nie dotarta we wschodniej części też stawała się niejako poligonem, tyle że już nie przemysłowym. Na nim to, choćby w Lewandowie, Grodzisku czy w Brzezinach, od czasu do czasu odbywały się ćwiczenia, poniekąd sprawnościowe. Sprawdzały przecież sprawność z jaką z jednej strony obywatele umieli ukryć przed władzą swe zabiegi budowlane, by w ciągu jednej nocy odsłonić ich efekt, z drugiej zaś sprawność władzy starającej się temu procederowi zapobiec.

Co zrozumiałe, sprawność pierwszych zdeterminowanych, by pozostać na swoim i podnieść jego jakość choć była sprawnością osób tak skromnych jak pracownicy pobliskiego PGR "Bródno", okazywała się w podobnych wypadkach o wiele większa od sprawności funkcjonariuszy "władzy ludowej".

Rzecz prosta, te drobne sukcesy wszystkich, którzy chcieli lub czuli się zmuszeni wytrwać, nie były sukcesami tylko indywidualnymi. Były sukcesami zbiorowymi, społeczności lokalnej, która przy podobnych okazjach, manifestując swą niezbędną i solidarną dyskrecję, dowodziła swego przetrwania. Co jest jednak nie mniej oczywiste, nie były one sukcesami takiego rodzaju działalności, który bardziej krzepi społeczne otoczenie i czyni je środowiskiem, gdzie w dużym stopniu niezależnie od materialnego poziomu życia ludzka jednostka może realizować się w pełni.

Były to bowiem akty raczej swego rodzaju obronne, a nie ofensywne, widomie mnożące niezbędne wszystkim dobro wspólne, osiągane w zbiorowym działaniu i wymagające odpowiedniej inicjatywy oraz organizacji. Inicjatywę i organizację w tym względzie ustrój rezerwował wyłącznie funkcjonariuszom władzy. Możliwości naruszenia takiego jej monopolu były coraz bardziej nikłe, jedną z ostatnich uwieńczonych skutkiem pomyślnym okazji wyżycia się ducha inicjatywy zbiorowej, było powołanie w roku 1952 Ochotniczej Straży Pożarnej, zorganizowanej przez mieszkańców Henrykowa.

Odtąd nastał czas zabiegów podejmowanych wprawdzie zawsze z powszechnym uznaniem, lecz przeważnie na odpowiedzialność raczej własną, przez indywidualności uposażone w ponadprzeciętny charakter i społeczne uwrażliwienie. Takimi było dwoje zasłużonych pedagogów. To wytrwałości pani Romany Grzybowskiej, umiejącej przełamywać niechętny opór kolejnych szczebli administracji oświatowej, Choszczówka zawdzięczała swoja szkołę podstawową, otwartą w roku 1958 i przez jej twórczynię przyozdobioną ogrodem botanicznym, rychło porównywanym do łazienkowskiego, a znanym także poza granicami Kraju.

To szkole podstawowej w Wiśniewie i sprawie uzupełnienia jej o liceum, działające tu ku zadowoleniu wszystkich w latach 1960-1973, oddał się znakomity polonista, pan Wojciech Zawadzki, w którego osobie i szerokiej aktywności publicznej miejscowe społeczeństwo miało szczęście posiadać rzeczywisty autorytet moralny. Osobne pole, na którym mógł odnajdywać uzewnętrznienie duch wspólnoty, zostało wytyczone smutnym całokształtem stosunków między socjalistyczną władzą państwową a Kościołem.

Ta pierwsza już u schyłku lat czterdziestych dając wyraz zdecydowaniu, by zapewnić "właściwy kierunek wychowawczy młodzieży" odebrała franciszkankom ich szkolę w Płudach oraz tutejszy dom dziecka, jak również działający w Białołęce Dworskiej oba oddając pod zarząd "upaństwowionego" Zrzeszenia "Caritas". Tym samym franciszkankom odebrany został pod budowę "szkoły tysiąclecia" grunt w Białołęce przy ulicy Bohaterów w roku 1958. Wówczas też, niewątpliwie w trosce o tym razem kulturalne podniesienie okolicy, parafii płudeckiej upaństwowiono dom katolicki, w którym przez jakiś czas później działało kino "Ustronie".

W tamtych warunkach nie było rzecz prosta mowy o organizacji jakiegokolwiek sprzeciwu społecznego. Jednakże gdy od roku szkolnego 1949/50 po rok 1954 z kolejnych szkół miejscowych została usunięta katecheza, nie zabrakło i tych, co odważyli się dla jej celu udzielić własnych mieszkań, i młodzieży gotowej tam się udawać. Także bez determinacji miejscowego społeczeństwa, które w roku 1951 postanowiło odbudować drewniany kościółek św. Michała Archanioła w Grodzisku, zapewne nie doszłoby do jej realizacji sabotowanej nie przez Urząd Konserwatorski, lecz Wydział Architektury w Wołominie zakończonej uroczystością poświęcenia w październiku 1956 roku.

Podobnej determinacji nie zabrakło tu i później, kiedy to dołączyli do niej własną dwaj kolejni kapłani. Byli nimi, ksiądz Iwaniuk, który wobec braku zgody władz na zamieszkanie przy kościele, mieszkał przy nim w latach 1958-59 w barakowozie, oraz jego następca, ksiądz Henryk Norbert, aresztowany i skazany w roku 1963 za nielegalne powiększenie domu parafialnego, między innymi o salę katechetyczną. Kto wie, czy w takich okolicznościach, skromny drewniany krzyż z wyrytą datą 1966, wzniesiony staraniem skromnej społeczności miejscowej na gruncie przykościelnym, nie jest jednym z bardziej poruszających upamiętnień rocznicy Millenium.

Nie inny zapał potrafił wzbudzić w parafii św. Jadwigi ksiądz Ryszard Grygielko, który przejąwszy w roku 1969 kierownictwo podpierając się zezwoleniem administracyjnym na remont pięćdziesięcioletniej świątyni drewnianej, w ciągu czternastu miesięcy wybudował stojącą dziś murowaną, przezwyciężając rutynowe szykany władz. Widok kapłana wraz z kilkoma robotnikami własnoręcznie murującego Dom Boży rychło pobudził do współpracy rosnącą rzeszę ochotników, w tym rzecz prosta młodzieży, co wszystko razem mogła podziwiać rzesza inna, mianowicie pracownicy pobliskiej Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu.

Tymczasem to właśnie budowa tej fabryki w latach 1948-50 której około trzech czwartych pracowników dojeżdżało wtedy spoza Warszawy, w tym wielu koleją z kierunku Modlina i Nasielska, zbliżyła ekspansję wielkiego przemysłu do południowych granic dzisiejszej gminy. Jej rozwój dalszy, już na Żeraniu Północnym i Wschodnim, był możliwy dzięki wcześniejszemu rozminowaniu terenu przez 36 batalion 4 Brygady Saperów i rozpoczął się z chwilę uruchomienia dzisiejszego "Faelbetu", który w roku 1949 podjął produkcję elementów betonowych dla budownictwa.

Z fabryką tą produkującą wtedy między innymi na potrzeby zaniechanej później budowy warszawskiego metra związała się nie mała część dziejów rozwoju powojennej technologii budowlanej. To stąd pochodziła i słynna "cegła żerańska", i strunobeton, i beton komórkowy, a także elementy wielkie, służące do konstrukcji domów. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych faelbetowska fabryka domów największa w kraju dostarczyła budulca między innymi dla pobliskiej dzielnicy Mieszkaniowej "Bródno", by z końcem roku 1975 osiągnąć zdolność produkcyjną trzynastu tysięcy izb rocznie, a w roku 1978 zatrudniać dwa tysiące pracowników.

Wybudowana w latach 1953-1956 cementownia "Warszawa" przy ulicy Płochocińskiej, zatrudniająca sześciuset pracowników, swym imponującym zabudowaniem niekoniecznie korzystnie determinowała charakter okolicy, jako ośrodka przemysłu budowlanego, w którym to charakterze mieścił się konsekwentnie również żerański oddział Warszawskich Zakładów Eksploatacji Kruszywa przy ulicy Modlińskiej.

Wszelako najmocniejszym akcentem pejzażowym, nie tylko zresztą południa dzisiejszej dzielnicy, ale też całego prawego brzegu Wisły, stały się monumentalne zabudowania Elektrociepłowni "Żerań", którą to inwestycję rozpoczęto w roku 1952, by uporać się z nią w dwa lata, a następnie stale rozbudowywać tak, by w latach 1961-1978 mogła ona cieszyć się renomą największego zakładu tego typu w skali krajowej.

Równocześnie z budowę elektrociepłowni, w jej bezpośrednim sąsiedztwie rozwijało się inne, zmieniające krajobraz wielkie przedsięwzięcie Port Żerański, gdzie już w samym roku 1952 wydobyto milion metrów sześciennych ziemi, by pięciokrotnie więcej wydobyć w latach następnych, z założeniem, że baseny portowe przejmować będą jedną piątą wszystkich transportów kierowanych do Warszawy.

Zmieniające się warunki hydrograficzne i ekonomiczne wykazały zawyżenie ambicji projektu, nie mniej Warszawa otrzymała port żwirowy, który wyrugował działający dotychczas Port Praski. Z tą inwestycją portową łączyła się następna, równie brzemienna dla krajobrazu dzielnicy, mianowicie kanał Żerański, otwarty w roku 1963, po spiętrzeniu Zalewu Zegrzyńskiego.

Rozwijały się Zakłady Wytwórcze przy Modlińskiej obecnego "Warelu" produkujące obok nadajników również ogólnie przydatny sprzęt elektryczny dla przemysłu, jak: piece, zgrzewarki, stabilizatory magnetyczne, zasilacze laboratoryjne, a zatrudniające rychło około dwutysięczną załogę. Od roku 1960, przy ulicy Faradaya, rozpoczął działalność zakład Chemii Budowlanej Zjednoczonych Zespołów Gospodarczych "Inco", wpisując się zarówno w młodą tradycję własnej specjalizacji producenta, jak w chemiczne tradycje okolicy.

Do tej samej tradycji nawiązały dwa inne nowe zakłady. Od 1952 trwała odbudowa drożdżowni Bienenthala w Henrykowie, gdzie w roku 1956 uruchomiono produkcję syntetyków zapachowych, zaopatrującą przemysł kosmetyczny i sukcesywnie doinwestowywaną w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, czego efektem stał się prężny zakład "Pollena-Aroma", zdolny opracowywać i wdrażać również technologie produkcji dla przemysłu spożywczego, w czym uzyskał prymat krajowy.

Drugim zakładem branży chemicznej powstałym w latach pięćdziesiątych była dzisiejsza Warszawska Fabryka Tworzyw sztucznych "Pollena", specjalizująca się w wytwórstwie wyrobów z acetylocelulozy i polistyrenu, by stać się czołowym krajowym producentem opakowań, obudów sprzętu technicznego a także artykułów codziennego użytku domowego.

Odmienną branżę wprowadziło przeniesienie z Grochowa na ulicę Odlewniczą przedwojennego "Stefana Twardowskiego" Warszawskiej Fabryki Pomp, do czego doszło w latach 1960-1963. Rozwój tej fabryki, która eksportowała znaczną część swej produkcji, spowodował budowę jej filii w Siedlcach; podobną ekspansją mógł pochwalić się również "Warel", posiadający dwie filie, w Szydłowcu i Makowie Mazowieckim. Rzecz prosta rozwijała się imponująco tarchomińska "Polfa", która eksportowała swą coraz bardziej urozmaiconą produkcję na wszystkie kontynenty.

Mniej udaną natomiast inwestycją okazały się Zakłady Mięsne "Żerań" przy ulicy Annopol zbudowane w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Ta gigantyczna realizacja niejako symbol wiecznie pełzającej porażki jaką komunistyczna partia ponosiła w swej ciągle deklarowanej "walce o wyżywienie narodu" jako jedyny z wymienionych tu zakładów nie zdołała przetrwać okresu transformacji ustrojowej, do której doszło, gdy partia ta utraciła już monopol władzy.

Nie ulega przecież wątpliwości, że ów olbrzymi wysiłek inwestycyjny, który w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych stworzył na obszarze dzisiejszej Gminy swoiste zagłębie przemysłowe, nie okazał się wysiłkiem niepotrzebnym, czy zmarnowanym. Nie był takim nie tylko dlatego, że dwóm pokoleniom dawał pracę i źródło zgrzebnego utrzymania, ani dlatego tylko, że jego produkcja miała ważki wkład w animację życia gospodarczego Stolicy i Kraju.

Dlatego przecież także, że stworzył ludzką i materialną infrastrukturę, która w zasadzie zwycięsko przechodzi dziś trudy restrukturyzacji, walcząc o swe miejsce w nowej rzeczywistości. Oczywiście, zapewne inaczej wyglądałaby dzisiejsza Gmina Białołęka, gdyby po wojnie oszczędzony był jej, i całemu Krajowi, komunistyczny eksperyment gospodarczy i społeczny. Prawdopodobnie nie doszłoby na jej terenie do tak wielkiej koncentracji uciążliwego przemysłu, zaś jego rozwojowi towarzyszyłby bardziej równomierny przyrost zasobów mieszkaniowych i niezbędnych im obiektów zdolnych uprzyjemniać codzienne życie mieszkańców.

Prawdopodobnie naturalny rygor gospodarki wolnorynkowej zapobiegłby eskalacji zjawisk społecznie negatywnych, nierozłącznie związanych ze stylem socjalistycznego gospodarowania raczej nie dyscyplinującym w zakresie wydajności pracy, czy unikania pijaństwa. A więc tych wszystkich zjawisk, które nie były obce również i miejscowemu społeczeństwu w dobie socjalizmu, a które zdają się dziś tu ograniczać swą skalę. Być może wraz z całą Pragą Północ obszar ten nie dzieliłby smutnego prymatu w zakresie przestępczości nieletnich w Warszawie lat sześćdziesiątych, tu dwukrotnie wyższej niż choćby na Ochocie. Wszystko są to cienie, ale nie wyczerpują one przecież całości obrazu.

Nie można ich nie dostrzec, ale też i nie można twierdzić, by przesłaniały obraz materialnego dorobku, który przyszłość zapewne pomnoży. Dorobku tego nie można nie docenić tym bardziej, że wraz z jego narastaniem przybywało tu również dóbr innej natury. Oto jakby nieoczekiwanie ta dzielnica, gdzie szeregi dawnego społeczeństwa w konserwatywnym uporze broniły swej duchowej osobowości, gdzie wyżywał się ekstensywny duch socjalistycznej industrializacji, ta więc dzielnica przez cały swój powojenny okres wzbogacała się o placówki pracy naukowej.

Oczywiście była to praca w dziedzinach odpowiadających potrzebom miejscowego przemysłu, czego pierwszym przykładem stał się Instytut Przemysłu Organicznego, utworzony w roku 1947 przy Annopolu 6, prowadzący badania w szerokim diapazonie tematycznym, od chemii środków ochrony roślin i higieny sanitarnej po elektryczność statyczną i technologię lekkiej syntezy organicznej oraz środków ekologicznej ochrony. Z "Faelbetem" związała się działalność Centralnego Ośrodka Badawczo-Rozwojowego "Cebet".

Przy Warszawskiej Fabryce Pomp znalazł sobie miejsce Centralny Ośrodek Badawczo-Konstrukcyjny pracujący na rzecz branży w skali ogólnokrajowej. W roku 1955, w barakach zwolnionych przez budowniczych żerańskiej elektrociepłowni, światowej sławy atomista profesor Andrzej Sołtan znalazł prowizoryczną siedzibę dla tworzonego z jego walnym udziałem Instytutu Badań Jądrowych, w której mimo że prowizorka miała według władz trwać jedynie cztery lata instytut ten funkcjonuje do dziś, od roku 1983 jako Instytut Chemii i Techniki Jądrowej.

Dorobek placówki, wyposażonej między innymi w sześć akceleratorów i unikatowe zbiory literatury przedmiotu oraz publikującej dwa własne periodyki, przyniósł jej autorytet światowy w zakresie rozwoju i wdrażania technologii, metod oraz przyrządów jądrowych. Swymi pracami w dziedzinie chemii radiacyjnej, zastosowań metod jądrowych w inżynierii materiałowej i radiobiologii Instytut wyszedł skutecznie naprzeciw najnowszym wyzwaniom technologicznym w ekologii, czego przykładem może być zainstalowanie radiacyjnej technologii oczyszczania w elektrociepłowni Kawęczyn w roku 1992 technologii pilotowej w skali światowej.

Podobnie pionierskie technologie umiał opracować Instytut w zakresie sterylizacji i higienizacji produktów spożywczych. Tymczasem aktywność miejscowych ośrodków naukowych nie wyczerpywała się w sferze obejmującej badania fizyko-chemiczne czy problematyki inżynierii maszyn i tworzyw. Objęła najwyraźniej również sferę ducha, skoro w Tarchominie, w zabytkowych budynkach uposażających przed wojną Fundację im. Piusa X, działała filia Wyższego Seminarium Duchownego archidiecezji warszawskiej, po roku 1992 zastąpiona przez Seminarium Misyjne. Oczywiście, wymogi wielostronności życia naukowego, a także transformacja ustrojowa, przyczyniły się do powołania w roku 1992 Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości, instytucji prywatnej, usytuowanej jakby w zgodzie z lokalną tradycją tym razem w zwolnionym hotelu robotniczym, przy ulicy Modlińskiej 51.

Przyglądając się dynamice społecznego obrazu obszaru dzisiejszej Gminy w trzydziestoleciu 1950-1980, dynamice organizowanej współzachodzeniem doniosłych tendencji, obraz ten raz krzepiących, a raz degradujących, zauważyliśmy rosnący rozziew między inwestycjami mieszkaniowymi a przemysłowymi, który społeczny wyraz dla kształtowania oblicza przyszłej dzielnicy nie mógł być korzystny.

Dopiero w połowie lat siedemdziesiątych zaczęły władze miasta myśleć o wybudowaniu "nowego miasta od Targówka po Choszczówkę"; z wielkodusznym celem ostatecznym jakim było "osobne mieszkanie dla każdej rodziny usytuowane w niewielkiej odległości od miejsca pracy". "Nowe miasto" liczyć miało sto tysięcy mieszkańców, a stanąć do roku 1985. Gdy w roku 1978 rozpoczęły się prace budowlane w Tarchominie, była mowa już o stu pięćdziesięciu tysiącach przyszłych mieszkańców tego i sąsiednich osiedli w Białołęce, Henrykowie i Nowodworach.

Rezultaty osiągnięte w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych okazały się ilościowo diametralnie różne, choć niewątpliwie jakość budownictwa była bardziej ludzka w porównaniu z osiąganą wcześniej przez warszawskie kombinaty budowlane. Rzecz w tym jednak, że w jeszcze skromniejszym stopniu zrealizowany został postulat związania miejsca pracy z miejscem zamieszkania.

Miało to znaczenie istotne. Z jednej strony związało zawodowo mieszkańców całego obszaru z życiem stołecznym, z drugiej postawiło na porządku dziennym problem integracji przeważających liczbą nowych jego mieszkańców z dotychczasowymi i z duchem miejsca. Stało się to wyzwaniem na przyszłość.

Materialnie, integrację obszaru z innymi dzielnicami Stolicy uprościła realizacja Mostu Generała Grota i Trasy Toruńskiej, postanowiona w październiku 1972 r. i zrealizowana ostatecznie po osiemnastu latach. Pierwsze przęsło mostu stanęło w październiku 1979 r., zaś obie jego części, przerzucane z przeciwległych brzegów rzeki, spotkały się we wrześniu roku 1980. Stało się to wszakże w już radykalnie zmienionej przez wydarzenia Sierpnia '80, sytuacji politycznej w całym Kraju.

Sierpień '80 zaczął się tutaj jeszcze w połowie lipca, kiedy najpierw "Warel", a następnie Warszawska Fabryka Pomp, wywalczyły strajkiem podwyżkę płac, dopełnioną przez dyrekcje obietnicami przydziału "paczek mięsnych''. Szło tu jednak o coś więcej, niż mięso, które pod partyjną presją i pewnie nie bez trudności mogłaby po koleżeńsku podrzucić dyrekcja żerańskiego giganta mięsnego. Od chwili zawarcia ''porozumień gdańskich'', wszystkie zakłady okolicy dawały wyraz uczuciom poprzez akces swych załóg do ''Solidarności''.

Uczucia te nie różniły się od żywionych przez całą Polskę, tak w treści i sile nadziei, jak w obawach co do możliwości powodzenia, obawach malejących w miarę mnożenia się dowodów słabości "władzy ludowej" i braku zdecydowania po stronie jej sowieckiego mocodawcy. Treść nadziei artykułowała się coraz otwarciej na poziomie przewyższającym sferę bytową, bo w sferze praw obywatela i praw Narodu.

Placówką z pewnością wyróżniająca się rozmachem działań związkowych i zakrojem debatowanej problematyki był Instytut Badań Jądrowych. Nie oznacza to przecież, by w zakładach przemysłowych zaniedbywano działalności informacyjnej, czy manifestacji zaangażowania się w ruch. W "Warelu" działał punkt kolportażu związkowej prasy, skąd "Niezależność", "Wiadomości dnia" i inne pisma i publikacje docierały do pozostałych załóg.

Biel i czerwień oraz solidarnościowa Kotwica, to wszędzie wówczas widoczne emblematy. Nie inaczej było z dyscypliną, z jaką załogi przystępowały do kolejnych akcji prowadzonych przez Związek. W położeniu przecież, w którym dla całej okolicy przewodzącym zakładem przemysłowym byli sąsiadująca z nią FSO, tutejszym działaczom solidarnościowym przypadły obowiązki raczej frontowe. Wywiązali się z nich chlubnie, bez potrzeby awansu na szczeble sztabowe, gdzie selekcjonowała się późniejsza, już polityczna elita. Próbą charakteru dla nich, i dla całej społeczności od 13 grudnia 1981 r. stał się stan wojenny.

Miał on rozsławić Białołękę dosłownie w całym świecie, a to dzięki jeszcze jednej gigantycznej inwestycji socjalizmu, jaką był wznoszony rękami więźniów, od roku 1958, zakład karno-śledczy z dwoma tysiącami miejsc. To właśnie tu została internowana czołówka "Solidarności" i opozycji demokratycznej. Mniej rozgłośna, a wysoce efektywna okazała się podjęta natychmiast akcja pomocy rodzinom internowanych i wszystkim potrzebującym w tym również ekonomicznie ciężkim czasie.

Każdy z kościołów stał się punktem opieki społecznej i ośrodkiem wymiany informacji i opinii. Umacniało to nastroje patriotyczne i stylizowało je w tradycyjnym duchu tutaj podobnie jak w całej Warszawie i w Polsce. Odbijało się to w intencjach mszy odprawianych z większą niż zwykle frekwencją, czy w takich uroczystościach, jak odsłonięcie tablicy upamiętniającej VII Obwód Armii Krajowej "Obroża", u św. Jakuba w Tarchominie, 20 września 1986 r. Zdarzenia integrujące wszystkie miejscowe siły związały się ze sprawą uzyskania terenu pod budowę najokazalszej dziś tu Świątyni, kościoła NMP Matki Pięknej Miłości.

Odwaga, z jaką w pierwszy dzień stanu wojennego mieszkańcy starych i nowych osiedli ciągnęli na mszę połączoną z wystawieniem właśnie wtedy pielgrzymującej tu kopii Obrazu Jasnogórskiego, zeszła się z determinacją z jaką mszę odprawiał ksiądz Marian Paź, przy ołtarzu urządzonym na ciężarówce na gruncie, o którego uzyskanie dotąd bezskutecznie zabiegał u władz. Gdy zaś odwagę i determinację docenili wojskowi komisarze powodując rychłą i pozytywną decyzję, wtedy z ofiarnością miejscowych kolejarzy, którzy przysługujące im deputaty zużytych podkładów kolejowych oddali na ogrodzenie terenu, zbiegła się uczynność "Faelbetu" i "Aromy", które dostarczyły materiałów potrzebnych do robót ziemnych.

We wszystkich tych wydarzeniach mieszkańcy wschodnich stron późniejszej Gminy uczestniczyli pod początku i z nie mniejszym zapałem.. Specyfika okolicy dała tu znać o sobie dwojako. Z jednej bowiem strony jej charakter stworzył podstawę dla błyskawicznego rozwoju organizacyjnego "Solidarności Wiejskiej".

Z drugiej zaś, mocne zakorzenienie w społecznej tradycji miejsca w sposób naturalny kwalifikowało obywateli Dąbrówki, Choszczówki, Marcelina, Tomaszewa czy Kobiałki, na przywództwo całego okręgu Praga-Północ utworzonego wiosną 1981, po zarejestrowaniu organizacji. Zasłużyli się tu między innymi były żołnierz AK i WiN Wacław Gozdek, jako przewodniczący, oraz nie żyjący już Wacław Boreczek, wśród mlodszych zaś wybijali się Elżbieta Mejlert i Jarzy Smoczyński.

Okoliczności lat osiemdziesiątych, brzemienne procesem rozkładu i zniesieniem systemu komunistycznego, dla znacznej części mieszkańców Białołęki były okolicznościami czasu ich osiedlenia się w dzisiejszej Gminie, w liczbie jakiej nie znano tu poprzednio. W tych samych okolicznościach, od roku 1983 zaczęły pojawiać się pierwsze przedsiębiorstwa prywatne, zaś wkrótce, od początku lat dziewięćdziesiątych, przekształceniom własnościowym poddały się zakłady państwowe.

Okolica powoli przybierała tak długo oczekiwanych form mogących świadczyć o jej przynależności do świata zachodniego, gdy jednocześnie przesunięcie z lipcem 1987 roku, aż po plac Światowida, pierwszej strefy taryfowej taksówek warszawskich, pieczętowało przynajmniej jej pełną stołeczność. Po dwóch latach, we wrześniu roku 1989, praktyczne potwierdzenie przynależności Polski do wolnego świata dokonało się w widowiskowy sposób właśnie tu, przy ulicy Mehoffera 1, gdy na terenie seminarium zorganizowany został ośrodek dla uciekinierów z komunistycznej części Niemiec, wizytowany zresztą przez kanclerza federalnego.

Można więc chyba zaryzykować myśl, że północno-wschodnie pobrzeże Warszawy, zamykając u progu lat dziewięćdziesiątych powojenną epokę swych dziejów, czyniło to w sposób wielorako symboliczny. Uogólnione we wszystkich tych symbolach duchowe i materialne realia jako finalny bilans czasów, które minęły już wkrótce, z całą swą złożoną dynamiką historyczną, stały się przedmiotem działań należących do historii nowej. Działań, w których ogółowi ponad już trzydziestu pięciu tysięcy mieszkańców Gminy ustanowionej w roku 1994 oraz wreszcie demokratycznie powoływanemu jej samorządowi przychodzi na codzień sprawdzać swą społeczną jakość.

Nota bibliograficzna
Przy opracowaniu niniejszego studium wykorzystane zostały:
  1. Opracowania: S. Błaszczyk, 150 lat Tarchomińskich Zakładów Farmaceutycznych, "Kronika Warszawy", 1974, z. 4; B. Brzeziński, R. Kołodziejczyk, Wielkie zakłady przemysłowe aglomeracji warszawskiej w latach 1870-1975 [w:] Wielkie zakłady przemysłowe Warszawy, Warszawa 1978, s. 11-72; A. Ciborowski, Refleksje nad rozwojem Warszawy, "Kronika Warszawy", 1985, numer specjalny; J. Gołębiowski, Przejęcie, uruchomienie i odbudowa przemysłu na Pradze 1944-1945 [w:] Dzieje Pragi, Warszawa 1970, s. 271-285; B. Kamlerowa, Na prawym brzegu Wisły, "Kronika Warszawy", 1979, z. 1; T. Kikta, Zapomniane karty z przeszłości Tarchomina, Warszawa 1964; tenże: Udział klasy robotniczej w powstawaniu i odbudowie przemysłu farmaceutycznego [w:] Wielkie zakłady..., s. 703-713; K. Krzyżakowa, O Trasie i Moście Toruńskim im. Gen. Grota-Roweckiego, "Kronika Warszawy", 1982, z. 2; Księga przemysłu polskiego, wyd. GUS, Warszawa 1959; C. Kotela, Rozwój przestrzenny Pragi w okresie 25-lecia PRL [w:] Dzieje Pragi, j.w., s. 335-347; S. Misztal, Branże wiodące stołecznego przemysłu [w:] Wielkie zakłady..., j.w., s. 107-144; tenże: Rozwój przemysłu Pragi w 25-leciu PRL [w:] Dzieje Pragi, j.w., s. 299-313; L. Moczulski, Dzieje FSO, "Kronika Warszawy", 1972, z. 4; W. Ostaszewski, Załoga Tarchomina wczoraj i dziś [w:] Wielkie zakłady..., j.w., s. 715-724; K. Sobczak, Wyzwolenie Pragi przez Wojsko Polskie i Armię Radziecką we wrześniu 1944 roku [w:] Dzieje Pragi, j.w., s. 235-257; Z. Stelmasiak, Przyszli jej z pomocą saperzy, "Kronika Warszawy", 1985, numer specjalny; A. Strzembosz, Nieletni sprawcy kradzieży w środowisku wielkomiejskim, Warszawa 1971; W drodze do jubileuszu 1949-1999, Warszawa 1996.
  2. Informacje pozyskane z przeglądu kolejnych wydań Kroniki wydarzeń w Warszawie publikowanych w kwartalniku "Kronika Warszawy", "Biuletynu Informacyjnego Prezydium Rady Narodowej M.st. Warszawy" oraz z następujących publikacji prasowych, Upaństwowione Zakłady Spiessa rozpoczęły produkcję. Nowe zwycięstwo polskiego robotnika, "Robotnik" 1946 nr 307; Poza nawiasem miasta, "Życie Warszawy" 1946, nr 313; Żerań i Praga wielkie porty wiślane jutra, "Rzeczpospolita" 1947, nr 180; Rada Komunikacyjna zatwierdziła projekt budowy portu na Żeraniu, "Robotnik" 1947, nr 321; Rozbudowa zakładów farmaceutycznych dawnej fabryki Spiessa, "Robotnik" 1948, nr 196; Regulacja praskiego brzegu rzeki. Gruz zastępuje łachę wiślaną, "Robotnik" 1948, nr 218; Penicylina dostępna dla wszystkich. W pierwszej fabryce penicyliny w Tarchominie, "Polska zbrojna" 1949, nr 241; Otwarcie wytwórni doświadczalnej strunobetonu na Żeraniu, "Przegląd budowlany" 1950, nr 7/8; Rok pracy w porcie żerańskim, "Stolica" 1953, nr 2; Łatwy w obróbce, lżejszy od wody żerański gazobeton, "Życie Warszawy" 1953, nr 156; Tarchomińskie zakłady pokonują trudności, "Życie Warszawy" 1954, nr 62; Gorące dni żerańskiej elektrociepłowni, "Życie Warszawy" 1954, nr 182; Gdy cegła bywa ostatnią deską ratunku, "Stolica" 1959, nr 7; Kombinat mięsny na Żeraniu, "Stolica" 1961, nr 49; Praga Północ, dzielnica mieszkaniowa bez mieszkań, "Samorząd robotniczy" 1961, nr 2; Są jeszcze peryferie, "Rada Narodowa" 1962, nr 15; Warszawska Fabryka Pomp na Żeraniu, "Stolica" 1963, nr 35; Nowy kombinat mięsny na Żeraniu w przededniu rozruchu, "Gospodarka mięsna" 1965, nr 12; Warszawskie Zakłady Eksploatacji Kruszywa, "Życie Warszawy" 1968, nr 308/9; Zakłady Mięsne Żerań, "Polityka" 1969, nr 46; Opieka praskich domów kultury nad młodzieżą, "Argumenty" 1970, nr 44; J. Oleksiewicz, Visitez Bródno, "Stolica" 1974, nr 19; T. Bienias, Siostra Łazienkowskiej, "Przegląd techniczny" 1974, nr 29; J. Oleksiewicz, Praski próg krytyczny, "Stolica" 1977, nr 50; K. Krzyżakowa, Nowe osiedla praskie, "Stolica" 1977, nr 39; J. Kasprzycki, Pragi skok na północ, "Życie Warszawy" 1978, nr 304.
  3. Informacje zawarte w "Kronice Rzymsko-Katolickiej Parafii Św. Jadwigi w Warszawie 1945-1999", także w Kronice Szkoły Podstawowej nr 1 w Gminie Warszawa-Białołęka oraz w prasie podziemnej "Biuletynie Informacyjnym KOR", "Niezależności" i "Wiadomościach dnia" wykorzystany został także artykuł Karola Madeja, zamieszczony w niniejszym opracowaniu.
  4. Relacje udzielone łaskawie przez księży Mirosława Bielawskiego, Tadeusza Huka, Ryszarda Legutkę, Mariana Pazia i Jana Strzyża w różnych okresach posługujących w parafiach miejscowych, a także prałata Stefana Gralaka, kierującego kościelną akcją charytatywną archidiecezji warszawskiej w czasie stanu wojennego i twórcę ośrodka dla uchodźców z NRD w Tarchominie, jak również przez Panią Krystynę Kawkę z Kobiałki, jak wreszcie przez docenta Lecha Walisia, dyrektora Instytutu Chemii i Techniki Jądrowej. Wszystkim im składa autor w tym miejscu serdeczne podziękowanie.
Wyślij link mailem
Pdf
Drukuj
Powrót
Wypowiedz się
Urząd Dzielnicy Białołęka, m.st. Warszawy
03-122 Warszawa, ul.Modlińska 197
Telefon: 22 676 76 70
Faks: 22 676 60 90
Stronę odwiedziło osób:
9656146
logo_BP_baner_lewy.jpg
ban-konsultacje.jpg
inicjatywa baner wysuwany1.jpg
ban-mapa.jpg
ban-kontakt.jpg
ban-19115.jpg
ban-bip.jpg
ban-facebook.jpg
ban-youtube.jpg
ban-instagram.jpg